I znów idę tą zakurzoną ulicą prowadzącą do tego stęchniałego budynku. Wspinam się po śmierdzących schodach. Po omacku szukam ściany, na której mogłabym oprzeć mój ciężar. Wspinam się - zwalczam schody. Nie zapalam światła - patrzyłoby mi prosto w oczy i uświadomiło mi, że nie nadaję się do życia. Z włosami pozlepianymi od potu i łez wchodzę do mieszkania. Nie zdejmuję płaszcza. Zwijam się w kłębek. Jestem wystygła z uczuć, obdarta z osobowości, zmęczona od łez. Ze zduszonym płaczem i śmiechem na zmianę zastygam w kamień...
poniedziałek, 17 września 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz