sobota, 22 maja 2010

Byłam wczoraj na świetnej imprezie. W jadącym tramwaju. Mój znajomy organizuje takie imprezy. Skorzystałam. Wyruszyliśmy za 10 dziewiąta spod Teatru Wyspiańskiego. W tramwaju prawie 200 osób, ścisk i duchota, a okna ledwo dało się uchylić (Karlik)... Ja zaraz przy głośniku (do teraz jestem przygłucha), ale świetnie się bawiłam, to było coś. Najpierw pojechaliśmy na Pętlę Słoneczną (tak, tak - blisko mnie), potem azymut na Brynów, a następnie do Chorzowa i z powrotem. I znów na Brynów. I znów na Chorzów. Krążyliśmy prawie 3 godziny. Jakie to wspaniałe, że umiemy sobie coś takiego zorganizować. Impreza naprawdę przednia, to jedna z lepszych przygód jakie udało mi się doświadczyć. Cudo. Był też Gałbi, Lucas (poczułam się prawie jak w Tworogu, hahah), a ja miałam ze sobą Martę. Marta szalała na siedzeniach, ja wzięłam się za rurę (jak to ja zwykle :D). Potem after w Zanzi. W Zanzi jakoś za dużo ludzi. W ogóle nie przepadam za tą knajpą za bardzo. Gałbi z ekipą pojechali odwieźć tramwaj i wziąć auto. Mieli wrócić autem. I wrócili po jakiejś godzinie. W Zanzi spotkałam Pawła kuzyna. Z Gałbim i z Dagmarą wymiatałam na parkiecie. Dziś bolą mnie wszystkie kończyny. To się nazywa impreza udana, jak cię bolą nawet włosy od tańczenia (nie, to nie kac, ku zdziwieniu memu :D)

BYŁO PRZEFAJNIE! Polecam wszystkim taką imprezę, a teraz się szykuję, dziś liga mistrzów i wiśnióweczka w plenerze, ave!

czwartek, 20 maja 2010

Poznałam kiedyś kogoś, kto pisał wspaniałe opowiadania. Siadał z papierosem i buteką wina i pisał od ręki. Poznałam kogoś, a on zmienił mi życie. Pił wódkę na potęgę, sikał przez balkon, miał włosy w artystycznym nieładzie i golił pachy. Siadałam często i patrzyłam jak pisze. Papieros, łyk wina, papieros. Stuk stuk stuk po klawiaturze. Olśniona, w letniej sukience podpierałam głowę ręką w zachwycie. Był wszystkim tym, co nazywamy "artystą" - nieposkładany w swej manierze, roztrzepany, z wiatrem i deszczem na ty. Bywały dni, kiedy mówił: "ty się, wariatko, do niczego tu nie nadajesz, idź już stąd" - siedziałam nadal. Żył w szale. W zapale. W nocy. Zasiadał codziennie. W tym swoim szale, był na tyle poskładany, by usiąść codziennie i pisać po nocy. Nie, nie powiem kto to był. Wiem tylko, że zmienił mi życie. Zapragnęłam być taka, jak on.

Nic się nie liczy. Tylko papieros, łyk wina, papieros.

poniedziałek, 17 maja 2010

Pearls and swines.

Podziurawione myśli Ediego zdawały się krążyć w kółko. Wirowały wraz z pokojem. Pokój był mały, rozświetlony kruchą lampką stolikową. Była noc. W oknie wisiała zżółkła, postrzępiona firana. Obok okna stałą wielka choinka z napisem wesołym i wolnym jak ptak: RADOSNYCH ŚWIĄT. Pod choinką prezent dla Ediego.
- No, wszystkiego najlepszego, chłopie. Byle to dalej trwało. Oby trwało długo... - mówił do siebie - Oto prezent dla ciebie - prowadził monolog.
Edie podszedł do choinki i wytaszczył spod niej prezent za nogi.
- Oto twój prezent, szczęściarzu! - uśmiechnął się szyderczo, popił wino... - no to walimy!
Na podłodze leżały bezwstydne tajemnice świata Ediego - nagie ciało matki. Martwe ciało.
- Zawsze chciałem wiedzieć co knujesz, suko! - krzyknął, napawając się swym urojonym zwycięstwem. Zrobił ofierze szczegółowy ogląd swymi złymi oczami i zauważył, że czegoś brakuje...
- Tu! Tu czegoś brakuje! Mojemu prezentowi czegoś brakuje! - nagle zorientował się, czego brakowało. Sięgnął po brzytwę leżącą na dziurawej kanapie. Krwawą brzytwą potraktował policzek matki.
- Zawsze cię kochałem i tak jest nadal. Nie myśl sobie, że przestałem cię kochać. Kocham cię jeszcze bardziej, kiedy jesteś już tylko moja! - ciął coraz brutalniej martwe ciało. Przestał po chwili. Wziął się teraz za zlizywanie krwi matki. Chciał trwać tą chwilą.
- Zawsze marzyłem, by ci to zrobić... Prawda, że tak jest lepiej? Tak cię kocham, mamusiu... - przytulił swoją twarz do tarzy matki. Począł rozkoszować się pyszną krwią. Nasmarował nią całe swoje ciało, a następnie ciało matki. Mazał krwią po najintymniejszych częściach jej ciała.
- Tak cię kocham... Tak cię kocham.... - powtarzał. Sięgnął po wino, brudząc przy tym wytworny kieliszek. - Tak cię kocham... - wylał odrobine wina na jej brzuch. Zaczął zlizywać trunek wraz ze skrzepniętą krwią. Po chwili Edie oderwał się od ofiary, by zaświecić lampki na choince. - Uczcimy te święta. tak jak zawsze. Nie zawiedziesz się na mnie, mamusiu. Nie zawiedziesz się na mnie... -wrócił do nieżywej. Położył się na jej brzuchu, lizał jej krew. Cisza.
Za chwilę milczenie gwałtownie przerwał ryk Ediego: - Co tak tu cicho??? Przecież cię kocham, a ty nic?!?! Nic nie mówisz?! Jak zawsze... Jaką miałaś tajemnicę?! Jaką?! Jaką!?!?!?! - zaczął potrząsać ciałem mamy. Szarpał nią. W lewo. W prawo... A gdy się uspokoił, położył ją sobie na kolanach. Głaszcząc jej włosy, szeptał jej do ucha:
- No bo ja cię kocham... Tak bardzo cię kocham. Chcę, byś już zawsze była przy mnie. A ty chciałaś do tego fagasa. Nie, nie odejdziesz! - spoliczkował pocięty policzek swojej ofiary, odrzucił ją od siebie i wyszedł z pokoju.

niedziela, 16 maja 2010

Gin z tonikiem.

- W domu znów nie ma nic do picia. - mówię Gulaszowi.
- Weź się, wódka jest.
- Gulasz, kurwa, ja nie mogę codziennie chlać. Obudziłam się jeszcze najebana, nie będę doprawiać się wódką. - otwieram szerzej oczy tego brudnego ranka. Rozglądam się na boki. Kto tu wczoraj został na noc? Obok mnie Angelus i Macieńczuk. Na Oleśce leży Szpaku, obok nich Franek i Antek, potem, na samym końcu Alex i Szprycha. Gulasz chodzi po domu w majtkach w paski. Chyba zbiera się do łazienki. Na stole walają się kieliszki, niedopitki wódki. Widzę, że stół się klei od soku porzeczkowego. Niedopałki papierosów leżą na linoleum. W tle gra muzyka. Znów film się urwał, znów będzie kolektywna bezświadomość i próba odtworzenia sobie wczorajszego wieczoru. Pamiętam, jak zaczęłam tańczyć z Gulaszem do "Everybody's fool", a sąsiedzi walili przez ścianę. Chuj z nimi, jesteśmy młodzi, chcemy się bawić i mamy do tego święte prawo.
- Królestwo za wczorajsze wspomnienia, nagrywał ktoś? - zainteresował się Alex.
- Chuja, nie nagrywał! - krzyczy z łazienki Gulasz - wszyscy byliśmy tak najebani, że nie wiemy gdzie się podziały nasze telefony, znów będzie wielkie szukanie, kurwa mać!!
Poranek raczej szary, z kroplami deszczu na parapecie; zdecydowanie za smutny dzień na kaca...
- To jak, zbiorowe leczenie kaca? Musi ktoś coś dziś ogarniać?
Reszta ludzi obudziła się słysząc naszą głośna skądinąd rozmowę.
- Ja nie. -mówi Szprycha. W ślad za nią każdy mówi, że nie. Leżymy zatem dalej z rozkurwem we łbie. Lepiej jest przeżywać tego kaca razem, niż z osobna.
- Dobra - zaczyna Franek - to co się wczoraj działo?
- No na początek "Kosmatagon" - zdaje relację Antek - tam kilka kieliszków jeb jeb! Tequilla, 2 szybkie szoty i na parkiet, nie? Tam się wypociło, to do baru po następne. Kilka lasek przelizałem, kurwa, pasztety, z tego co pamiętam. Ile razy wam mówiłem, byście mnie zabierali od morświnów, jak mnie z jednym widzicie?
- A co ci będziemy zabawę psuć? - uśmiecham się do Antka, jednocześnie wypatrując Gulasza. Ciekawe czy usłyszał mój żart, czy się zaśmiał. Wczoraj powiedział mi, najebany już ostro, bym spierdalała. Ja oczywiście posłuchałam i poszłam wódkę pić. On odpadł, a ja topiłam żale z resztą ekipy. Jak spał, to nie spierdalałam, było już ostro nad ranem, a on jak się obudzi, to i tak nie będzie pamiętał, że tak powiedział. Zostałam. I piłąm tą wódkę. A teraz kac. Kac morderca. To wszystko, kurwa, przez Gulasza, bo jakby mi nie powiedział "spierdalaj", to bym się nie zapominała z tym piciem. A tak? Trzeba było zapić smutki...
- No a po "Kosmatagonie" co się działo? - wracam myślami do rozmowy.
- Jak to, kurwa, co?! - Gulasz wychyla się zza drzwi kibla - Żeście zrobili wiochę na ulicy. Za dużo zielska żeście spalili i chodziliście jak z "Akademii dziwnych kroków", Angelus to gacie nawet rozebrał. Laski się śmiały, no a jak, bo zjarane w chuj, mnie tam do śmiechu nie było, bo mieszkam na tej ulicy do chuja pana!
- Ej no luz, Gulasz. Agrafka się śmiała, a też tu mieszka.
- Tymczasowo - mówię - dopóki nie znajdę niczego innego, nie chcę wracać do rodziców.
- Ej, to dlatego, że ona się z tego śmiała, powiedziałeś jej wczoraj by spierdalała do rodziców? Tak coś mi świta... - zagaja Oleśka.
- Ej no kurwa, po co wywlekasz te brudy? To co było wczoraj, było wczoraj! Dziś jest juz zupełnie inne życie. I szare, i nudne... Daj jednak tą wódkę Gulasz.
- Sama se weź, nie jestem twoim murzynem.
- Gulasz, czy ty w ogóle lubisz tą agrafkę? Bo kurwa, ona wczoraj siódme łzy wylewała za tobą, a ty tak, jakbyś ją miał w dupie. Przeszkadza ci ona? Bo jak tak, może mieszkać u mnie!
- Oleśka kurwa, stul pysk! - Hamuję ją, a ona swoje.
- Niech jest, a że spierdalaj mówiłem to nie pamiętam. Musiałem być już ostro najebany, nie ogarniałem, no agrafka, wybacz, żalu nie ma.
- Spoko Gulasz... Nic się nie stało.
Podchodzi na łóżku, skrada się Oleśka i mówi półszeptem przez leżące osoby:
- Czemu ty się dajesz tak traktować, głupia? On cię poniża. Lubisz tak?
- Zawrzyj ryj. O wiele bardziej cię lubię jak jestem najebana!
- Dobra, kurwa, skończcie te babskie gadki, co się działo po "Akademii śmiesznych kroków"? - pyta Szpaku.
- Mnie się już film urwał tu. - zaznacza Antek
- No aj się nie dziwię! Tequilla podziałała! - odpiera Szprycha.
- Ty się nie pucuj Szprychalska, bo to nie ja rzygałem ludziom pod oknami. Jak ci wyszli popatrzeć, przez okno się wychylali, to żeś mówiła: "przepraszam, ja jestem z Łodzi, u nas inaczej się pije". No w ogóle what the fuck?? - odgryza się Antonio.
- Hahaha, mo rzygać rzecz ludzka, kurwa. Się wyrzygałam to lepiej mi było, nie to co ty, cały wieczór z dupy, bo cię trzeba było nosić wszędzie jak balast.
- Dobra, odchodzimy od tematu, co potem się działo? Wie ktoś? Przypomina sobie? - Macieńczuk drapie się po karku.
- Ja mam przebłyski... y... Dyskoteka? - Franek kontunuuje temat.
- Taaaa dyskoteka - schodzę z łóżka po wódkę i biorę łyka z gwinta. Nie czuję jej smaku, musiała wywietrzeć przez noc, bo nikt nie zakręcił butelki - dyskoteka numer dwa gdzie Antek siedział w boksie i lizał jakąś zwalistą blondynę.
- No nie mów, że to prawda!
- Prawda najświętsza, Gulasz świadkiem!
- Tak, tak, prawda. Kurwa, ty masz wzięcie u najobleśniejszych lasek w tym mieście. To się nazywa pech, stary.
- No i zwyczajnie - opowiadam dalej - polała się wiśnióweczka, piweczko i tequille. Gulasz zjebnął whiskey z lodem. Wyszedł na parkiet, na balety, na podrywy, coś go tam za tyłek macało, jakaś raszpla nieziemska...
- To gdzie my byliśmy na tej dyskotece w Kurwidołku Pener? - pyta Antek.
- No w "Zwyczajnej" byliśmy... - mówię.
- A potem? Potem? - dopytuje Oleśka.
- Potem przyszliśmy tu. Wzięliśmy jakiegoś kolesia z ulicy na chatę, zagubiony był, ponoć ekipę stracił swoją na mieście, to Gulasz przygruchał, wódeczką poczęstował. On tak siedział i siedział i nawet mądrze gadał o jakichś cząsteczkach w kosmosie i o egzoplanetach gadał... No i Gulasz poprosił mnie do tańca wtedy. Tańczyliśmy tylko my. reszta siedziała. To tak mi trochę głupio było samej tak z nim tańczyć...
- O! I wtedy ci powiedział byś spierdalała i poszedł spać! Tak tak! To wtedy było! Już pamiętam! Przypominam sobie!
- Kurwa i wielkie rzeczy ja pierdolę, stul pysk Oleśka bo jak boga kocham zaraz ci jebnę! - irytuję się nieco.
- Dobra, Agrafka luźno. Kurwa...
- Ale czekajcie, że co? Że jak? Ja kogoś na chatę zawinąłem wczoraj? Nieźle musiałem być najebany...
- No, Gulasz, po "Zwyczajnej" i po twojej whiskey to żeś się w sumie kurwa narąbał. Koelsia nie pamiętam, ale w sumie, to do ciebie podobne, że spraszasz ludzi. - mówi Franek.
- Wszyscy byliśmy wczoraj nieźle nadupieni. - pociągam znów wódkę z gwinta, ledwo się wzdrygam. Nie lubię pić wódki na kaca. Sok porzeczkowy cały na ziemi leży. Mam myśli, czy by nie zlizać...
- Kto do sklepu? - pyta Oleśka.
- Pierdolcie się wszyscy, mam taki czołg w mózgu, że ja do 18 stąd nie wychodzę! - mówi Antek.
- Ja kurwa też nie idę nigdzie - mówi Gulasz. W ślad za Gulaszem i Antkiem poszli wszyscy, nikt nie chciał do sklepu. Mnie się też nie chce, łeb napierdala jak oszalały. Tam mi chyba ktoś zamieszkał i wyżera mi mózg... Postanowiliśmy zamówić pizzę. Franek sennie sięga do swoich spodni, leżących niechlujnie na podłodze. Grzebie i grzebie, a z każdą sekundą rośnie w jego oczach przerażenie.
- Kurwa, portfela nie mam! Ja pierdolę, zgubiłem portfel! I komórkę!
- Ty, kurwa - Macieńczuk sięga do swoich spodni - ja też nie mam portfela!
Każdy zaczyna gorączkowo grzebać w swoich ciuchach. Nikt nie znalazł ani portfela, ani komórki.
- To jest kurwa niemożliwe byśmy wszyscy zgubili portfele!!! - mówi Antek.
- Ty, ale ten koleś! Ten co niby ekipę zgubił. Może on się nie bał i zajebał? - olśniło Angelusa.
- To jest myśl! Kurwa, złodzieja na chatę sprowadziłem. Chuj, kurwa!! Pierdolę! - Gulasz zaczyna panikować - Ktoś pamięta jak wyglądał?
- Co Ty, Gulasz, wszyscy najebani byliśmy. - mówi Szprycha.
- Agrafka, ty pozostałaś przy zmysłach najdłużej. Większość z nas nie pamięta jak się tu znalazła, tu u Gulasza. Ty jeszcze pamiętasz. Pamiętasz jak ten koleś wygląda? I kiedy poszedł? - pyta Franek.
- Jak przez mgłę - mówię - pamiętam. Taki wysoki, czarne włosy, kurtka zielona. Ale też najtrzeźwiejsza nie byłam... O której poszedł to nie wiem, nie zauważyłam.
- Ty, chwila, przypominam sobie! - krzyczy Oleśka - Bo Agrafka do Gulasza powiedziała, że ten gość to chyba nam coś z domu wynosi i że się dziwnie rozgląda. Agrafka była zaniepokojona w chuj, no nie? I mówi Gulaszowi, żeby go wziął stąd, bo jeszcze coś zwędzi. To było wtedy gdy tańczyli oni. No, gdy wy tańczyliście, no nie? I Gulasz mówi, że nie, że to jego gość, że on go tu sprosił i że na pewno nie ukradnie nic. Bo kurwa wódką poczęstowaliśmy i w ogóle... To Agrafka już nie chciała tańczyć, wolała tego gostka poobserwować, se siąść. I wtedy Gulasz ryknął, że jak ona mu nie wierzy to ma spierdalać, a to jakoś już po 3 było. I gdzie oan by się podziała, jak wszyscy tu są a do rodziców jej nie po drodze? I ta siadła wtedy i zaczęła pić. Chyba z Frankiem wtedy na kielony poszli ostro. A koleś kiedy zniknął to pojęcia nie mam...
- No, ja też nie, ale wiem, że zniknął z naszymi porfelami, do kurwy! - mówi Franek.
- Kurwa, kurwa, kurwa! Ja już nie piję! I nie sprowadzam obcych osób do domu! - przyrzeka Gulasz.
- Ja już nie piję i nie liże się z wielorybami! - przyrzeka Antek.
- A ja po prostu spierdalam stąd. Jak najdalej! - Wychodzę trzaskając drzwami - Chuj z wami! - schodzę po schodach uradowana, że czas tej pijackiej meliny mam już za sobą, a z drugiej strony zmartwiona, gdzie się pobędę. Nic, kazali spierdalać, to spierdalam, nie będę się nikomu narzucać. Kocham tego gnoja. Kocham. Ale nie mogę tak żyć. Oleśka ma rację: daję się poniżać. Koniec z tym! Dawno u rodziców nie byłam...

Brand new shoes

There's a force stronger than nature
Keeps her will alive
That's how she's dying
She's dying to survive
Don't know what she's made of
I would like to be that brave
She cries to the heaven above
There is a stone in my heart
She lives a life she didn't choose
And it hurts like brand-new shoes

wtorek, 11 maja 2010

Niegdyś mi bliska, trzymałaś piwo z sokiem w ręku. Zawsze gryzłaś słomki. To Ty, którą namalował świat, ukształtował mój światopogląd. Byłaś rumiana. Roześmiana. Obok. Nie mogłem pojąć rzeczy dla Ciebie tak oczywistych. Rozstawaliśmy się powoli. Gdy jechałaś do mnie, mówiłaś jedno słowo: "czekaj". Czekałem. Dni. Miesiące. Lata. Ty, z permanentnym papierosem, z oczami ze szkła, a alkoholem we krwi. Tańczyłaś przy latarniach, wchodziłaś w ich blask. Wchodziłaś im w drogę. Byłaś metafizyczna. Mówiłaś mało, za to wiele się uśmiechałaś. Pojawiłaś się w moim życiu... Pamiętasz jak? Z przypadku. Ze skrzyżowania ulic. Wyjawiłaś mi się nagle jako prawda, jako oczywistość. Wiedziałem już wtedy, że będziesz moją religią. Było to tak dawno, moja Ann. Wiem, miało być bez imion, moja Ann. Trzymałaś żonkile? Nie pytam, pamiętam. Nie umiem tylko tego właściwie nazwać. Z biegiem czasu, kiedy poznawaliśmy się, zrozumiałem, że żyjesz w labiryncie. Że nie sposób nadążyć. Że wiecznie błądzisz. Szukałaś wyjścia u innych, nigdy nie u mnie. Jednak stawałaś się coraz bliższa. Tak cicho. Tak bezszelestnie. Siadałaś cicho obok, na ławce, zapalałaś papierosa i byłaś. Dla Ciebie było to takie rzeczywiste. Ja za dużo myślałem. Nie o Tobie. O nas. Zadawałem sobie miliony pytań, jednocześnie wiedząc, że nie mogę Cię o nie spytać. Nawet nie próbowałem. Pogodziliśmy ze sobą swoje życia jakby niświadomie. Byłaś duchem moich dni. Nieobecna obecnościa. Przez mgłę. Uwielbiałaś nucić pod nosem nuty Twoich dni. Każda melodia kojarzyła Ci się z jakimś zapachem, z jakimś słowem, z czymś konkretnym. Miałaś melodię na każdy dzień, na każdą pogodę, na każdą kłótnię. Ty się nie sprzeczałaś - nuciłaś jedynie frazy nienawistnych piosenek. Nigdy Ci nie dorównałem, moja Ann. Wiem, miało być bez imion, moja Ann. I wiem, nie byłaś moja. Byłaś niczyja. Błąkałaś się od domu do domu w poszukiwaniu ciepła. Ja jednak chciałem Cię ogrzać całym sobą, jaskrawością moich dni, moim światem. Nie chciałaś do niego wejść jednak. Wiedziałaś, że jak wejdziesz, to zostaniesz. Nie chciałaś się oswajać. Nie chciałaś przekroczyć tego progu. A ja? Ja wepchałem do środka, spaliłem się w Tobie. A Ty? Uciekłaś. To umiesz robić najlepiej. Uciekać. Dlaczego tak, moja Ann? Dlaczego jesteś tak krucha? Jesteś zasuszonym liściem między stronami moich myśli. Jakimś dziwnym trafem skruszyłaś mi się, rozleciałaś. przeciekłaś przez palce. Przecudownie przeciekłaś. To był ostatni moment, w którym mogłem Cię dotknąć. To był ostatni czas, bym mógł wychwycić tą kruchość w Tobie. Teraz już wszystko wiem, moja Ann. Teraz już nie jesteś metafizyczna. Teraz rozumiem Cię jak nikt inny. Bo milcząco dałaś się poznać. Bo w ciszy dałąś się analizować. Co z nami, moja Ann? Już nie chcesz mnie słuchać, ja wiem. Dlatego piszę list.

sobota, 8 maja 2010

.

Tak miło mi się Tobą pachnie! :)