czwartek, 25 listopada 2010

styczeń.

Mieszkamy w domu pełnym i ciasnym. Na przekór dnia. Czasem nie umiesz mnie tam znaleźć. Czasem krzyknę. Ten czas jest zeskładany z czekania i cichego łkania w poduszkę. Odległość z pokoju do pokoju najeżona jest granatami. Nie znajdujesz mnie na nowo. Czas pożegnać się z tym snem, czas spakować szczoteczkę. Czas wyjść. To zimowe powietrze jeszcze nigdy nie było tak rzeźkie! Jak cudownie jest się do siebie uśmiechnąć i powiedzieć sobie: nigdy więcej.

czwartek, 18 listopada 2010

KC wcale nie równa się kocham cię!

Aha, coś od siebie jednak. Pogodzona z Ka. Życie wydaje się lżejsze od tej pory. Thin Lizzy jak wtedy. Znów może zacznie się tradycja przedwigilijna. Lubiłam to kiedyś. Teraz też polubię. Człowiek się aż tak bardzo nie zmienia. Od zawsze na zawsze już teraz 23 grudnia naszym dniem przecież. A ta przerwa się nie liczy. Dlaczego? Bo ja tak mówię! Witaj znów na moim pokładzie. Ten statek się topi, ale cieszę się, że chcesz w tym uczestniczyć. W ogóle witajcie wszyscy. Miło jest mieć Was.

dust to dust.

I cóż że kroczymy udeptanymi ścieżkami lata. Po mojej prawej wzbiera się niepewność. Po pozostałości świtu dym tli się z ust.
Jakże tak znowu by było cudownie opaść z liśćmi na trawy, na piątki i soboty, na kwiaty na drzewach. Niedorzeczności pulsują w naszych życiach jak migrena.
Zaniemawiam. Zastygam w kamień po raz setny. Nie dowiesz się o mnie więcej. Nie zaznasz spokoju.
Nie uzależniam się od ciebie. Uzależniłam się już od tylu rzeczy. Nie mogę już teraz jeszcze. I to.
Lata później, jak to czytam, to wiem, że ta przyszłość była mdława.
Słowa za szybą, oczy za mgłą, za dobrze to znamy by dać się nabrać na to.
Jest nieposkładanie, tańcząc w świetle księżyca z plamami z czekolady na spodniach.
Na swój sposób mnie odnawiasz.
Nie rób z tego sensacji jednak.
Niepotrzebnie wzniecać kurz.

cień wiatru

Zakładam, że mogę zrobić coś tak amoralnego jak Ty kiedy jesteś ze mną. Zaciskasz wargi do krwi. Znów nie zastała nas noc. Znowu żyjemy na chwilę. Papierosy mają gorzki smak, wino odbiera rozum. Roztańczeni pośrdoku dnia, na koniec tak pięknie się marnieje. Umrzyj ze mną ten ostatni raz. Potem pójdę.

środa, 17 listopada 2010

Unduraga.

Czas na brzegu szklanki tkwi póki co
Usta do pocałunku w usta do słów
Słowa pełne treści i dobry dom
Wieczór lekko wlewa nam się do głów

Wódka naturalnie przywraca pion
Spacer pośród ludzi, nie ma ich tu
Bo wszystko jakby z dala i przez szybę
Kwiecień się rozmywa nad chodnikiem

Żadne zło nie wstrząśnie mną, póki co
Jestem tutaj z tobą poza krzykiem
Zobacz jak cudownie marniejemy
Zapętleni w treści bez znaczenia

Miasto ledwie jawi się spoza mgły
Mkniemy w jego światła jak głupie ćmy
Przestrzeń rozstąpiła się i wzdycha
Z tobą nie dotykam już chodnika

A potem, kiedy wspomnę, jeśli wspomnę cię
Zawładnie mną ochota zgłębić myśli
A potem kiedy wspomnę, a że wspomnę wiem
Tak trudno mi zrozumieć będzie powód, że

Widzę jak owszem
Widzę jak owszem
To bez znaczenia i to nieistotne
Jak wszystko waży mniej i nie przybliża się
Widzę jak małe, nieidealne
Nocne niebo o ile znaczy mniej,
Nie urodzajne, nie nawołuje mnie
Widzę jak owszem, to nieistotne
Nieważne, niepiękne, wyblakłe i

To nie istotne z perspektywy absolutu.

xxx

Wiosna zaczyna się dziś. Postanowiłam. I poczuć na sobie tę ciszę i ową się ciszą dokarmić... Jest sen.

czwartek, 4 listopada 2010

Pp3

Słoneczne lata tak szybko odchodzą. Jest lato, a potem już tylko gwałtowne zmiany pogody. Chyba na tym polega życie, by czekać na lata, w tych przedwiośniach, w przesileniach i w marności dni.

xxx

Porcupine Tree. Jak zawsze o tej porze.