Wiesz, stary? Robię listę rzeczy, dla których warto było żyć, a słuchanie ciebie jak grasz na flecie w jednym z parków z widokiem na Pragę będzie jedną z tych rzeczy.
czwartek, 27 lutego 2014
A walk.
Po Pradze z butelką szampana. Nie no, Jezu, ja jednak kocham tu być!
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 27, 2014
0
komentarze
Najlepszość.
"Staraj się nie myśleć, lecz działać. Nie tłumacz sobie niczego czyimiś działaniami, żadnym brakiem. Brak to coś, co generuje nasz umysł. Brak ojca, brak matki, brak kogoś. To coś, co często podajemy za przyczynę tego, kim stalismy się. Nawet jezeli nią jest, nie ma ona znaczenia. Zawsze, w każdej sekundzie, w każdym momencie możesz wszystko zmienić, możesz zostać wywrotowcem i rewolucjonistą swego jestem. przezroczystosc to przyjemna cecha, zaufaj mi uczę się jej właśnie. zdumiewająca i spokojna. Nie trzeba niczego wielkiego ani wymarzonego. szczęście jest chyba czyms innym, sama nie wiem za bardzo, jak to wytlumaczyc...(...) wyrastalam w cieniu kazdego, niewidzialna i nieslyszalna, ze tyle sie pieklilam o swoje miejsce, o swoje zaznaczenie obecnosci, i nic. odkad to do mnie dotarlo, ze niczym i nikim dla nikogo nie jestem, dotarlo do mnie jednoczesnie ze to nie ma znaczenia. nie ma i juz. do niczego tego nie potrzebuję, niczego to nie zmienia. samotnosc nie jest strasznym stanem, to my ten stan takim czynimy. Nic nie jest strasznym stanem. Wszystko jest stanem umysłu. A stan umysłu nie jest tym, co można sobie podyktować, Stan umysłu to tylko i wyłącznie czysta aktywność. Praca dla siebie a najlepiej dla innych. codziennosc i akceptacja. regularnosc, dobroc, rytm, zdrowe ciało. zdrowy umysł. Współczucie dla tych, którzy ranią i popelniają błędy. Oni tego nie wiedzą. Nie wiedzą, że szczęście nie jest ani proste, ani trudne. Kocham Cię, mała."
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 27, 2014
0
komentarze
A night out.
Wróciłam wczoraj taka pijana... Idąc zygzakiem ulicą nie mogłam sobie podarować kolejnej samotnej nocy. Wspinałam się po schodach zmęczona od picia i palenia. Ostatni schodek, otwórz drzwi - tak, ładnie. Wejdź przez drzwi. Polóż się. Już za chwilę, za chwileczkę. Patrzę przez pijane oczy: on u mnie w pokoju. Czy ja widzę dobrze?
- No gdzieżeś była, czekam na ciebie cały wieczór!
Jaka piękna odmiana, kiedy ktoś czeka. I tak wspaniale się unosił, jakbyśmy się umawiali na wspólny wieczór. Ale nie umawialiśmy się. Postanowił wejść, czekać i być złym za to, że się nie pojawiam. Jakiekolwiek by to nie było zmierzłe - jest urocze. Wspaniale jest wiedzieć, że ktoś zawsze będzie na ciebie czekał. Mimo wszystko.
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 27, 2014
0
komentarze
Gdyby Beksiński żył nadal.
Miałby swojego bloga zatytułowanego "Opowieści z Krypty" - narzekałby tam na współczesną muzykę (dobrze w sumie, że nie dożył tych czasów); przekonałby się do komputerów - jak każdy. Ja też długo nie mogłam dać się przekonać i hey, look at me, I'm having a blog! Nadal zagłuszałby remont u sąsiada Rammsteinem (w sumie ta muzyka tylko do tego się nadaje). Słuchałby "Tarkus" Emersona Lake'a & Palmera co wieczór. Powracałby chętnie na łamach bloga i w życiu codziennym do "The Reptile". Nadal miałby swój ząb w ścianie na kształt "Lokatora" Polańskiego. Narzekałby na wszystko, na sklepy, na kolejki, na kasy samoobsługowe (ja też to robię! może nie narzekam, ale straasznie się ich boję, a wiadomo, że jak człowiek się czegoś boi, to momentalnie darzy nienawiścią). Narzekałby na hipermarkety. Pokochałby TOOL. Pamiętałby "Moonchild" i "Stationary Traveller" Camela.
W studiu trójkowym byłam raz. Z 2 lata temu. Minęłam się z nim o całe wieki. Jednak wymieniliśmy się tym samym powietrzem, tymi samymi ścianami, tym samym pomieszczeniem.
Beksa, my jestesmy z tej samej gliny ulepieni. Mam jeszcze 13 (13! Jaka dziwna liczba) lat, by podjąć te same decyzje. Daj mi czas. See you soon - pogadamy wtedy o ludziach za wrażliwych na ten świat. Mamy sobie dużo do opowiedzenia. Umarłeś za wcześnie. Umarłeś jak małolat. Tak jak ja każdego dnia.
To dziwne uczucie, gdy znalazłaś w końcu bratnią duszę, której nie zdążyłaś podać ręki...
Czemu o tym piszę? Przyszła książka do Katowic. Nie mogę się doczekać, kiedy będzie w moich rękach. Jeszcze tylko kilka godzin. Wytrzymaj!
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 27, 2014
0
komentarze
Nowości z krypty.
Piwo, piwo, piwo, wino, wódka, niebieski absynt, piwo, piwo, wódka, Akropolis, piwo, piwo, absynt. Późne rozmowy. Przysięganie mi, że nigdy więcej. W sumie mam to gdzieś. Piwo, piwo, taniec, taniec, taniec. Run DMC. Wszystko mam teraz gdzieś. Świat mi tak pięknie faluje. Uśmiecham się do siebie. Jest mi tak wspaniale nijak. Piwo, piwo, wódka, gin.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Picia dzień trzeci. Nie wychodzimy z łóżek.
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 27, 2014
0
komentarze
msc
- You love music, don't you?
- Of course I do, it is the only thing I have at the moment.
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 27, 2014
0
komentarze
wtorek, 25 lutego 2014
Home.
I was drunk again, causing accidents
So you’re not a friend, no you’re nothing
I think that I should be, a little more confident
In myself, in my skin.
Take me, take me home, home
Cause I don’t stand the chance in these four walls
He don’t recognized me anymore
Burned out flames should never reignite
But I thought you might!
Now is moving close,
My heart in my throat
I won’t say a word that I think he knows
That I’ve hardly slept since the night he left
His body always kept my inside of it
Keep the nightmares on, give me mouth to mouth
I can’t live without you
Take me to your house!
Take me, take me home
I thought you might!
Take me home
Autor:
Pola
o
wtorek, lutego 25, 2014
0
komentarze
KK
Spakowałam się do jednej torby wspomnień. Ułożyłam tam wszystko chronologicznie, mimo, że myślałam, iż wszystko tam już dawno jest pozbawione daty ważności.
Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
Autor:
Pola
o
wtorek, lutego 25, 2014
0
komentarze
poniedziałek, 24 lutego 2014
Right person, wrong timing.
Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że mogę tak żyć. Koczowniczo. Co jakiś czas wyjeżdżałem pozwiedzać świat. Wracałem jednak ciągle w to samo miejsce - do tych brązowych ścian, które uwielbiałem, do tej recepcji, która była zarówno barem. Z czasem dostałem tutaj pracę, którą kochałem i której za żadne skarby nie chciałem rzucić. Kochałem życie tutaj. Byłem przekonany, że ta praca i to miejsce to najlepsze co mnie w życiu spotkało. Kochałem ludzi pracujących tutaj. Moi ludzie. Byliśmy jak rodzina. W weekendy przyjeżdżało tutaj mnóstwo dziewczyn, które mogłem pieprzyć na milion różnych sposobów. Zapraszały mnie do siebie do pokoju na trójkąty, czworokąty i szalenie miliard innych pozycji. Czasem same pakowały mi się do łóżka. Z papierosem w ustach wyglądałem jak James Dean. Uwielbiałem siebie tutaj. Z koszulką w Davida Bowie było mi naprawdę do twarzy. Sączyłem małe piwa przez długie noce, tocząc rozmowy przy barze. Malownicze miasto, ja w środku tego wszystkiego, w samym centrum życia towarzyskiego. Niczego nie potrzebowałem więcej do szczęścia oprócz tego, żeby mieć kasę z pracy w recepcji, pieprzyć, palić, chlać i - przede wszystkim - nie myśleć o niczym. I nie kochać. To dla kretynów.
Pewnego dnia weszła ona. Zbliżał się weekend, więc pomyślałem, że to jedna z tych szansonistek, które przyjeżdżają tu jako grouppie jakiegoś gównianego zespołu i nocują z blantem przy barze. Albo, że to jakaś siksa, która zaraz weźmie mnie za fraki do kibla i zacznie mnie rozbierać, po czym przenocuje u mnie w pokoju w zamian za seks, żeby nie musiała płacić za swój pokój. Miała rozmazany makijaż od płaczu i od potu. Była cała spocona od ciężarów, które niosła. Włosy jej się niechlujnie lepiły do twarzy. Wyglądała okropnie. Była w opłakanym stanie. Opuściła swoje torby na podłogę z impetem, podniosła głowę i powiedziała mi prosto w oczy bardzo smutno:
- Mogę zostać na dłużej? - nie znałem jej, ale wiedziałem już, że zostanie tutaj na długo, że nie pozwolę jej odejść.
- Możesz. - wydusiłem tylko tyle. Potem wszystko jakby stanęło w miejscu, bowiem dziewczyna przytuliła mnie mocno. To była chyba podzięka za mój akt łaski, mimo tego, że nie byłem tutaj osobą decyzyjną. Jednak zaufała mi i moje pozwolenie na pobyt potraktowała poważnie. Odwzajemniłem uścisk, chociaż w głębi serca myślałem sobie: "co u cholery?!"
- Ładny. Dobrze zrobiony. - Zauważyła mój tatuaż na ręce. Uśmiechnęła się ochoczo. Miała uroczy uśmiech.
- Chcesz się napić piwa? Potem pokażę ci twój pokój - bajerowałem. Jasne, że to nie ja będę jej pokazywać pokój i jasne, że to nie ja zdecyduję, czy może tu zostać. Ale wierzyła mi - jesteśmy na dobrej drodze, mała.
Rozmawialiśmy do rana. Ona przy swoich nierozpakowanych torbach, nadal w opłakanym stanie, zmęczona i zmarnowana. Jednak w dziwny sposób cudowna. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy się znali całe pieprzone życie. Wiem, że to jest banał i nikt nie bierze takiego biadolenia na poważnie, ale rzeczywiście tak było. Rozśmieszyłem ją nawet... Opowiedziała mi historię swojego życia. Że przyjeżdża tutaj z innego kraju, właśnie po roku opuściła Wiedeń po tym jak zdradził ją facet. Przez moment pomyślałem, że zranione są łatwe z założenia i że nie będzie trudno. Jenak, cholera! - wcale nie miałem ochoty jej przelecieć! Chciałem z nią rozmawiać. W alkoholicznej malignie nawet przez moment pomyślałem, że ona robi ze mnie geja. Bo siedzi tu obok, piękna, pięknie zmarnowana i pięknie smutna - idealna na potencjalny seks nad ranem. Jednak nie. Opowiadałem jej o moich podróżach do Maroka, do Paryża, do Indii... Do Paryża? Ona była z Paryża! Opowiedziałem o mojej rodzinie. Miałem pięcioro braci i trzy siostry. Jedna siostra zaszła w ciążę, gdy miała 16 lat - było mi z tego powodu bardzo smutno. To wszystko jej opowiedziałem. Opowiedziałem o cmentarzach świata, które odwiedziłem, o mojej nauce robienia tatuaży i że mam tatuaż na klatce piersiowej, który sam sobie zrobiłem. Obejrzała. Powiedziała, że jest okropny. Uwielbiłem jej szczerość. Chwytała moją rękę tak delikatnie, gdy oglądała po raz kolejny mój tatuaż, jakby się bała, że jeszcze się nie zagoił. Była smutnie szczęśliwa tego dnia. Uśmiechała się przez pot, łzy i posklejane włosy. To była jakoś dziwnie magiczna noc.
Gdy już świtało, powiedziała, że musi już iść spać i że jest zmęczona. Ileż można siedzieć na recepcji (będącej barem)? Znalazłem jej pokój. W tajemnicy przed wszystkimi. Mimo, że znali mnie tutaj bardzo dobrze i byłem częścią tutejszego życia, nie mogłem sobie na za wiele pozwalać. Ułożyłem ją w łóżku, zamknąłem za sobą drzwi wychodząc. Wychodząc. Wyszedłem! Nawet nie próbowałem jej dotknąć... Zszedłem na dół dokończyć drinka, gdy właśnie pojawił się ranny zmiennik na recepcji. Dokończałem drinka ciągle o niej myśląc. Nie zawahałem się ani chwili, gdy wyciągałem plik pieniędzy na blat.
- Greg, płacę za jeden pokój na miesiąc.
- Po co chcesz płacić, pracujesz tutaj, pobyt masz za darmo.
- Mogę zapłacić, czy masz z tym problem? Mam gościa i chcę, by miała osobny pokój.
- Gościa? A więc to ona, tak? Czemu osobny pokój? Zazwyczaj kobiety, z którymi sypiasz mają swój pokój jedynie na meldunku. I tak śpią u ciebie w łóżku... Weź się nie wydurniaj, stary. Będziesz płacił za jakąś łatwą szmatę?
- Możesz się, kurwa, zamknąć?! Weź pieniądze i chcę czterysta dwójkę.
- No jak chcesz, stary, ale pamiętaj, że wydajesz pieniądze w błoto...
Wieczorem zeszła na kolację. Już w nowym ubraniu, nowym makijażu i w nowym uśmiechu. Jakby weselsza, bardziej rześka, odświeżona... Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Nie mogłem dać tego po sobie poznać jednak. Nie chciałem, by czuła się prześladowana...
- Witaj dziewczyno z Paryża. Jak się spało?
- Wspaniale! Nie spałam od trzech dni. Drzemka dobrze mi zrobiła. Gdzie mogę zapłacić za pokój?
- Opłaciłem ci pokój na miesiąc, byś nie miała nieprzyjemności, gdyby ktoś cię zobaczył w 402 tej nocy lub nad ranem.
- O rany! - haha, tak dawno nie słyszałem wyrażenia "o rany!", że aż uśmiechnąłem się kącikiem ust. - To muszę ci oddać pieniądze! Ale obawiam się, że nie zostanę tu tak długo. Jadę dalej - do domu, do Paryża. Miałam na myśli tydzień, może półtora.
"Nie! Nie jedź!" - wszystko krzyczało we mnie - "Nie możesz odejść, tak pięknie nam się rozmawia!"
- Zrobisz jak zechcesz. - powiedziałem w zamian - na razie możesz zaprosić mnie na drinka. Będę cenę za drinki odliczał od ceny za pokój - próbowałem żartować, jednak przy niej wydawało mi się, że nie mam poczucia humoru. Wydawało mi się raczej, że ma mnie za błazna...
- Ok. Sama też chętnie bym się czegoś napiła. Pokój na miesiąc, mówisz? Miesiąc to strasznie dużo czasu. Nie wytrzymam tutaj tak długo. Jestem z Paryża, wiesz. Mieszkałam w Wiedniu - jestem przyzwyczajona do luksusów...
- Spodoba ci się tutaj, uwierz mi.
Uwierzyła. Spędziliśmy ze sobą naprawdę radosny miesiąc. I wierzcie mi lub nie - nie tknąłem jej. Szanowałem ją. Lubiłem jej słuchać. Była tak interesująca i inspirująca, że przeżywałem orgazm tylko jej słuchając. Chodziłem z uśmiechem na ustach. Przylepił mi się do tej mojej pijackiej gęby i nie chciał się odwalić. Chodziliśmy po kocich łbach zwiedzając. Narzekała, że to nie jest odpowiedni chodnik na obcasy. Trzymałem ją za rękę i nie chciałem już nigdy więcej puścić. Chodziliśmy na imprezy, organizowaliśmy sobie czas we dwójkę. Graliśmy razem w karty, kości, oglądaliśmy masę filmów. Kręciliśmy razem filmy telefonem komórkowym na pamiątkę. Na pamiątkę. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że to tylko tymczasowe, przejściowe rozwiązanie i ona kiedyś zniknie z mojego życia. Trzeba było zbierać jak najwięcej pamiątek z tego życia. Z życia z nią. Pewnego dnia zrobi to swoje idiotyczne Pufff! i sobie tak po prostu pójdzie. Zresztą ona zawsze była taka nieuchwytna. Jakby ciągle w locie. Miałem wrażenie, że robi mi łaskę godząc się na wspólny czas ze mną. Wiecznie zabiegana, zaczytana, zrywająca kwiaty z drzew... Ja byłem tylko dodatkiem do jej dni; sposobem na nudę - miałem wrażenie. Ale musiałem jakoś z tym żyć, chcąc być blisko.
Miesiąc mijał nieubłaganie, ona przyzwyczaiła się do koczowniczego trybu życia, odrzuciła luksusy, spodobały jej się moje opowieści z podróży. Była zachwycona. Zawsze prosiła, bym opowiedział jej coś jeszcze na temat swoich podróży.
Pewnego dnia, gdy słuchaliśmy na pół muzyki ze słuchawek na jednej z tych cudownie zielonych łąk w parku, powiedziała jakby od niechcenia przez zamknięte oczy:
- Wiesz, że jadę?
- Dokąd jedziesz? - gdzie ją znów gnało do cholery?!
- Do domu. - powiedziała to. Tą swoją straszną francuską angielszczyzną.
3, 2, 1 - świat mi się wali, serce przestaje bić; na chwilę staje w miejscu, nie mam już oddechu, występuje na czoło zimny pot...
- Ale... Jak to? Źle ci tutaj? Masz tu wszystko. Wszystko dla ciebie robię, załatwiam ci wszystko, czego tylko pragniesz. Dlaczego chcesz jechać do domu?
- Odpowiedź jest prosta. Bo tęsknię. - A ja? A co ze mną? Teraz ja tęsknię też. Już. Za nią. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieję. Chyba właśnie była w trakcie łamania mi serca...
- Dobrze - wycedziłem przez zęby - umawialiśmy się na początku, że zrobisz jak zechcesz. Nie mogę cię zmusić, byś została. Zacząłem płakać, odwróciwszy się od niej plecami na jednej z tych cudownych łąk w parku, mając nadzieję, że nie zauważy. Chyba zauważyła, bo położyła dłoń na moim ramieniu... Na jednej z tych okropnych łąk w parku...
Od teraz to miejsce było puste. Nie znosiłem tych brązowych ścian, w każdym kącie stała ona. Nie mogłem patrzeć na czterysta dwójkę. Nie chciałem patrzeć już na nic. Wszystko kojarzyło mi się z nią. Nie schodziłem już też w weekendy do baru. Przestały mnie interesować łatwe szmaty. Otrzymałem zbyt wiele, żeby teraz zadowalać się półśrodkami. Tak bardzo chciałem być z nią, obok, w niej - z czystej miłości. Poczuć tę więź. Wiedziałem, że to nigdy więcej się nie wydarzy. Że to już zniknęło. Że tego nie ma i nie będzie. Stałem po środku swojego pokoju - obdarty z nadziei, z marzeń, z uśmiechu. Już się nie uśmiechałem. Wiedziałem dobrze, że spotkałem kogoś wyjątkowego, doznałem cudu, po którym trudno się było otrząsnąć. Serce było tak bardzo złamane, że to aż faktycznie bolało...
Czasem pisaliśmy sobie SMSy. Meldowała się z przeróżnych miejsc, przedziwnych krain. Nie została w domu. Opuściła Paryż i pojechała zwiedzać świat. W jednym z SMSów napisała mi, że robi sobie tatuaż w każdym mieście, w jakim się zatrzymuje. Zrobiła sobie taki sam tatuaż na swojej ręce, jaki zobaczyła na mojej ręce pierwszego dnia. Była w tym samym studiu w Maroku, w którym ja zrobiłem ten tatuaż. W tym studiu powiedzieli jej nawet, że już jeden taki tatuaż robili wcześniej. Powiedziała im, że wie, po czym zamknęła oczy i dała się kłuć. Obiecała mi, że kiedyś do mnie wróci, ale tylko na moment, żeby nakręcić kolejny film na komórkę z nami w roli głównej. I poprosiła, bym zrobił jej tatuaż, kiedy mnie odwiedzi. Chociaż nie była tego pewna, bowiem widziała tatuaż mojego autorstwa na mojej klatce piersiowej. Miała plan, żeby przyjechać na chwilę i jechać dalej być roztańczonym pyłem tego świata. Ja chyba już tego nie chciałem. Rozstanie kosztowało mnie wiele nerwów. Za wiele, by móc przeżyć to jeszcze raz. Tak bardzo chciałem ją zobaczyć, że aż nie chciałem jej oglądać. Obrzydła mi do granic możliwości, bowiem wszystko było nią przesiąknięte. Myśli, ubrania, powietrze, ściany... Miałem jej dosyć. Nie umiałem jej znieść. Osaczyła mnie, byłem jej więźniem - mimo, że ona nic o tym nie wiedziała. Nie chciałem się z nią rozstawać drugi raz, a ponowne zobaczenie jej równało się z kolejnym pożegnaniem.
Posmutniałem.
Nigdy więcej już jej nie zobaczyłem. Nasze drogi się rozmyły. Była jednak kimś wyjątkowym w moim życiu. Na tyle wyjątkowym, by napisać o niej tych kilka słów. Na pamiątkę. Na pamiątkę.
Nadal tu mieszkam. Za każdym razem, gdy słyszę drzwi wejściowe, z tyłu głowy mam nadzieję, że to może ona wróciła z masą pocztówek z całego świata zbieranych z myślą o mnie. To się jednak nigdy już nie zdarza.
Czasem schodzę w weekendy na dół do baru i zagłębiając się w jakiejś pannie, której imienia nawet nie znam, udaję, że już JEJ nie pamiętam.
Teraz ona żyje koczowniczo.
Autor:
Pola
o
poniedziałek, lutego 24, 2014
0
komentarze
Praga.
Praga. Teledysk do "Never tear us apart" INXS. Most Karola. Ta kawiarenka, dla której Maki robi ciasta. Pełno łez. Rodzinne wyjścia na kręgle. Woo Doo. Smak wina. Niemy krzyk. Kocie łby. Lampa z Ikei. Tatuaż w kształcie O, tatuaż na kształt "Clockwork Orange" niby z Anglii a jednak z Tajlandii.
Praga. Chyba nic mniej i nic więcej.
Przyjechałam tutaj z pewnych powodów, które się rozmyły jak łzy na deszczu. To wszystko już jest poza moim kręgiem zainteresowań. Czas uciekać. Czas spakować szczoteczkę. Czas wyjść poza granice siebie i tego kraju. Czas znaleźć inny dom. DOM.
Żegnam się Prago, fajnie Cię było mieć na jakiś czas - mimo wszystko.
Wspomnienia zostaną. Jeśli nie we mnie, to w ludziach, których spotkałam na swojej ścieżce...
Autor:
Pola
o
poniedziałek, lutego 24, 2014
0
komentarze
niedziela, 23 lutego 2014
If_then_else.
The day you went away
You had to screw me over
I guess you didn't know
all the stuff you left me with
is way too much to handle
But I guess you don't care
Whatever on earth possessed you
to make this bold decision
I guess you don't need me
While whispering those words
I cried like a baby
hoping you would care
You don't need to preach
you don't have to love me, all the time
Autor:
Pola
o
niedziela, lutego 23, 2014
0
komentarze
sobota, 22 lutego 2014
Fugazi?
Tęsknię za tym jak płakaliśmy sobie do słuchawek. "przyjeżdżaj" - mówiłam. Byłeś. Tęsknię do zwiewnych sukien, do kwiatów na drzewach, do roztańczonej wiosny i uśmiechu do samej siebie.
Tęsknię za beztroską, za znajomymi ulicami i za tym, żeby się nie bać ludzi.
Tęsknię do otwartego okna latem.
Do wieczorów na świeżym powietrzu.
Do zapachu ogniska.
A do tych ścieżek leśnych? Też tęsknię. Do roweru. Do tych nocy, kiedy wszystko przycichało do rechotania żab.
Pamiętać będę zawsze to bocianie gniazdo, które pokazywałam wszystkim, gdy byłam mała i myślałam, że pokazuję im coś nadzwyczajnego, że odkrywam przed nimi kolejną tajemnicę świata, rozsupłuję im kolejną zagadkę. Tęsknię za naiwnością, za niebanalnością, za uśmiechem bez powodu.
Za słońcem. I za drugim maja.
Pokazywaliśmy sobie swoje ścieżki, nigdy nie było za późno na naukę.
Jest tyle rzeczy, za którymi jednocześnie tęsknię i do których nie chciałabym już nigdy wrócić.
To wszystko jest już dawno zakopane w podjaźni, wyrwane z kalendarza, zakurzone w stosach dzienników w piwnicy. To gdzieś jeszcze tam jest. Nie we mnie jednak, obok - długopisem po śliskim papierze.
Dźwięk kosiarki, zapach trawy, dzikie jeżyny przy drodze, The Budgie w uszach podczas spacerów, Emerson, Lake & Palmer na tym słonecznym kuchennym stole.
Widok z okna na dzieciaki.
Urywane rozmowy ze zmęczenia o 4 nad ranem. Śmiech do utraty tchu. Domki na drzewie.
Mówię sobie - wmawiam - że czekam na wiosnę, na lato. Wtedy wszystko się zmieni. N I E. To tak nie działa, weź. Żeby coś się zmieniło JA sama muszę się zmienić. Tak, Ty w lustrze. Hej Ty, mówię do ciebie. Ty się musisz zmienić, by wszystko inne się zmieniło. Naokoło może być ciepło, walić ognichem i trawą na lewo i prawo, może być i rower, i The Budgie. Może być i nawet tamto miejsce i tamten czas - i 2. maja. Ale wszystko będzie nijakie, skoro ty sama jesteś nijaka, L. Musisz zmienić nastawienie do siebie i świata. To wszystko musi powrócić do mnie/ciebie i wejść w mnie/ciebie z podwójną siłą.
...
Po namyśle jednak stwierdzam, że wcale do tego nie tęsknię. Tęsknię do siebie z tamtych czasów.
Najważniejsze jest zdiagnozować problem.
Hej, L. - jeszcze się będziesz uśmiechać drugiego maja. Obiecuję Ci to.
Nawet jeśli przy umieraniu.
Autor:
Pola
o
sobota, lutego 22, 2014
0
komentarze
Moja nowa miłość - Beksiński.
Hej ty, za murem, samotna, zziębnięta, roztrzęsiona.
Czujesz mnie? Ktoś cię porzucił. Siedzisz ze słuchawką w ręku i
płaczesz... a przecież nie powinnaś się poddawać bez walki. Przykładasz
ucho do muru i nasłuchujesz, czy ktoś nie woła. Pomożesz mi nieść ciężar
skamieniałej krwi? Otwórz swoje serce, tu będzie nasz dom. Przetrwamy
razem, oddzielnie zginiemy.
[...]
Muszę wrócić do domu. Zerwać z tym wszystkim. Wypisać się z tej
imprezy. Odsunąć się na ubocze. Ale przedtem chcę wiedzieć, czy sam jestem
sobie winien?
OSKARŻYCIEL: Witaj Robaku, Najwyższy Sędzio! Tego
oto więźnia schwytano na gorącym uczynku, kiedy przejawiał co najmniej
ludzkie uczucia! A tak nie wolno! Wzywam świadków oskarżenia!
DYREKTOR: Od początku wiedziałem, że nic dobrego z niego nie
wyrośnie. Mogłem go wziąć w obroty, ale to syn artysty, więc wszystko mu
uchodziło na sucho.
MATKA: Chodź do mamy, malutki, wezmę cię w ramiona. Mama zawsze
dobrze ci życzyła, a ty odsunąłeś się od rodziny. Chciałeś być
"niezależny". I co z tego masz?
SĘDZIA: Dowody są wystarczające!
Nigdy nie spotkałem kogoś, kto bardziej zasługiwałby na pełny wymiar kary!
Przez twój idealizm, nadwrażliwość i felietony ucierpieli wszyscy! Rzygać
mi się chce! Czy chcesz coś powiedzieć, nim wydam wyrok?
Gdy bytem
dzieckiem, zauważyłem coś kątem oka. Odwróciłem się; chciałem spojrzeć
dokładniej... ale to mi się wymknęło, żeby nigdy już nie powrócić. Dziecko
dorosło. Sen się skończył. Ogarnęło mnie wygodne odrętwienie.
SĘDZIA: Wiemy już, czego się boisz, więc wyśmiejemy twój
idealistyczny świat! Zburzyć mur!
Chyba jestem szalony. Mimo że
konstrukcja runęła, wszyscy są jak za niewidzialną szybą. Moi przyjaciele,
wrogowie, byłe i potencjalne ukochane. Jedni są sami, inni spacerują
grupami. Czasem próbują do mnie dotrzeć, ale ja już tego nie chcę. Teraz
ich kolej przekonać się, jak to miło rozbijać sobie serce o mur.
[...]
Zaczynasz się czuć jak pod lupą. Dookoła czai się
krwiożercze stado życzliwych osób. Poznawszy twoją wybrankę, rodzina
radośnie gdacze, że "nareszcie się ustabilizujesz". Analizujesz znaczenie
tych słów i dochodzisz do wniosku, że chcą z ciebie zrobić taką jak oni
kołtuńską glistę z maszynki do mięsa w The Wall. Wiedzą lepiej, czego ci
potrzeba do szczęścia. Zaś najbliższa (?) osoba zaczyna ci wytykać, że
twój świat to fikcja i że trzeba dołączyć do stada zachłystującego się
pełnią życia przy kieliszku w zadymionym pubie. W zamian za miłość oferuje
persyflaż (Do you love me? Like I love you?). Nie wystarczą sztuczne
cycki, tytuł naukowy na uniwersytecie i koszulka z napisem "I'm not a
piece of ass, I am a doctor" - trzeba naprawdę być czymś więcej. Ze zgrozą
pojmujesz, z kim żyłeś przez ponad rok. Twój zamek marzeń staje w ogniu, a
potem tonie w bagnie.
[...]
Ciekawi cię Most Karola w Pradze?
Włączasz Mission Impossible i możesz dodatkowo przyglądać się, jak Jon
Voight wpada do Wełtawy. Byłem na Moście Karola o 7.00 rano. Nuda, wieje
wiatr, zimno. Most jak most.
[...]
PS. Ale
tak z zupełnie innej beczki. Moim największym marzeniem było kiedyś
objechać cały świat z tą jedyną, ukochaną osobą przy boku. I oglądać
wszystko jej oczami, dzielić się każdym wrażeniem... Wtedy nie byłby to
tylko głupi wyjazd turystyczny. Byłby to wyjazd RAZEM. Przed siebie. Ale
sza! Jesteśmy w krypcie. Okna są pozasłaniane, bo nikt nie wykupił biletów
na podglądanie wampira. Światła są przygaszone. To martwa strefa. A różne
warianty życia stoją na półkach w dużym pokoju. Kim chcemy być dzisiaj?
Znowu Drakulą? No dobrze, wszak dla miłości umiera się tak cudownie...
Autor:
Pola
o
sobota, lutego 22, 2014
0
komentarze
piątek, 21 lutego 2014
Fin de siecle.
Kocia łapa, stalowy pazur
Neurochirurg krzyczy nienasycony
U zatrutych wrót paranoi
Schizofrenik 21 wieku
Opowieści z krypty przestały być zabawne. Wiem. Jednak żyjąc w trupiarni, trudno być równie radosnym jak Ziutek Słoneczko na plakacie pt: "Poranek naszej ojczyzny" (wide Piękni dwudziestoletni Marka Hłasko). Człowiek wychodzi na miasto i co widzi? Plakaty do filmu Carrie 2. To się nazywa artystyczna nekrofilia. Gnuśnych hollywoodzkich kretynów nie stać już na wymyślenie czegoś nowego. Kręcą więc remaki i rozćiągają prastare pomysły niczym kura smarki, żeby zbić trochę kasy na sprawdzonym tytule. Tylko patrzeć, aż ktoś zrobi Hamleta 2 (bo czemu nie?). Ta durna Ameryka wszystko pożre, przetrawi i wyrzyga. Zdaje się, że nawet kupili prawa do naszego Killera! Przed rokiem sprofanowali poczciwą japońską Godzillę, w dodatku przyprawiając napisy końcowe rapowaną wersją Kashmiru. Jimmi Page sprzedał dupę półgłówkom w przydużych szortach i rozsznurowanych trampkach. Podobnym smrodem jedzie z końcówki prawie każdego filmu (Event Horizon, Posse, a ostatnio Wild Wild West) - ale kretyński teledysk z udziałem aktualnej "gwiazdy" musi promować dzieło, bo szczeniaki nie pójdą do kina. W dodatku nie można nigdzie kupić płyt z właściwą muzyką filmową. Nowa moda to "music inspired by the movie", czyli zbiór koszmarnych piosenek w ogóle nie występujących w obrazie.
Poza tym przemoc w przeciętnym "rozrywkowym" filmie osiągnęła apogeum. Żadnej sprawy na żadnym szczeblu nie da się załatwić bez kopania w szczękę i strzelania z pistoletów maszynowych. Nawet nowy Mesjasz rozwala komputerowych faryzeuszy, kumulując w sobie cechy Rambo i Bruce'a Lee (Matrix). W kick-boxingu chyba jedyna nadzieja na przyszłość wszechświata doczesnego i następnego: archanioły i diabły w Armii Boga też wbijają sobie wiarę do łba metodami wychowanków klasztoru Shaolin. Może w tym szaleństwie rzeczywiście jest metoda? Może warto się zapisać na kurs, żeby potem jednym kopem w skropiony tanią wodą kolońską tłusty tyłek posłać kogoś aż na Cypr?
Tym czasem XX wiek dogorywa nawet nie skomląc. Nie ma już rozrywek ani sensu życia. Skończyło się kino (filmy durne i wtórne, publiczność chamska i nienażarta). W dodatku następny Bond podobno ma być Murzynem! Skończyła się telewizja (reklamy różnych elegancko opakowanych gówienek co chwila gwałcą nasze oczy i uszy). Skończyła się muzyka (łomoty, zgrzyty, bełkot). Moda przyprawia o dreszcz grozy i obrzydzenia (gwoździe w nosie). Niby-telewizyjne ekraniki podłączone do tajemniczych skrzynek nadzorują nasze życie. Całe zastępy zgarbionych i ślepnących człekokształtnych małp surfują po Internecie. Najkrótsza droga do ludzkiego serca (?) nie prowadzi już przez żołądek, ale przez komputer. Zostajemy w nim zredukowani do (dot-com) i zamknięci w cyberorzestrzeni, aż ktoś wciśnie klawisz enter, ponieważ "lubi czytać nasze listy". Nie ma już miłości. Przegrywa z techniką albo zoofilią. Skończyły się bezpieczne spacery po mieście i osiedlu (agresywne prymitywy bawią się w Stevena Seagala). Bloki mieszkalne zaczynają przypominać twierdze z domofonami i niedziałającymi zamkami cyfrowymi. Trędowaci sięgają po władze. The fate of all mankind is in the hands of fools, ostrzegł Greg Lake w Epitafium. Wygląda na to, że na zamku Karmazynowego Króla pracował wyjątkowo dobry astrolog...
Nasienie śmierci, ślepa chciwość
Głodujące dzieci na żer poetów
Może nie liczyć na żadne spełnienie
Schizofrenik 21 wieku ...
This is the end, my only friend. Opada kurtyna miłosierdzia na koniec XX wieku. Ktoś kiedyś bliski powtarzał, że zawsze może być gorzej. Mój ojciec mawia od czasów niepamiętnych, że ku gorszemu idzie. Jaką nadzieję co do przyszłości ludzkości może mieć człowiek, który weźmie pod uwagę doświadczenia ostatniego miiliona lat? - zastanawiał się kiedyś Kurt Vonnegut. I od razu sobie odpowiedział: Żadnej. Zatem nie pozostaje nic innego jak odwrócić się plecami do roku 2000 i niczym Panurg odejść, pierdnąwszy z wielkim wzburzeniem. Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy to, dla czego warto było żyć. Kruk Edgara Allana Poe. Zamek Karmazynowego Króla. 17 minuta Ech Pink Floyd. James Bond. Nights In White Satin The Moody Blues. Adagio Albinioniego. Kobieta Wąż (The Reptile) w kwietniu 1970 roku - seans w sanockim kinie San, kiedy po raz pierwszy i ostatni bałem się na horrorze. Atom Heart Mother. Andante z Tria Es-dur Schuberta. Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Drugi koncert Marillion w Gdańsku, gdy Fish śpiewał Lawendy "tylko" dla mnie i Anki. Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie Joe Kidd. O fortuna - pierwsza pieśń z Carmina Burana Carla Orffa. Twin Peaks. Wizyta w Domu Kobiety Węża (Oakley Court pod Londynem). Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14.10.1995. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998...
Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać.
(1958-1999)
Autor:
Pola
o
piątek, lutego 21, 2014
0
komentarze
Whoa!
We all speak different languages here.
But we have sex only in one.
Autor:
Pola
o
piątek, lutego 21, 2014
0
komentarze
środa, 19 lutego 2014
faceless streets.
Jesteśmy takimi dziećmi zagubinymi we mgle.
I żeby się nie zgubić, trzymamy się za rączki.
Trzymamy się za rączki że to aż boli.
Autor:
Pola
o
środa, lutego 19, 2014
0
komentarze
czwartek, 6 lutego 2014
Before I ever met you.
Everyone knows I'm right about one thing
You and I don't work out
You bring out the mean in me
I bring out your insecurities
You know what I am talking bout
Eventually you'll be fine if we break up
And one day I'll be fine too
But we should just end it now
Before someone gets more hurt than they have to
As for our house, I'll move out
You can keep the dog we trained
Things soon will be like before I ever met you
Before I ever met you
Before I ever met you
I never knew that my heart could love so hard
Before I ever met you
I never knew I would be enemies with disregard
Before I ever met you
I never knew that I liked to be kissed for days
Before I ever met you
I never knew I could be broken in so many ways
I never knew I could be broken in so many ways
I never knew I could be broken in so many
Everyone knows I'm right about one thing
You are my only vice
And I got you addicted to trying to be bulletproof
But you have too much to lose
Everyone knows I'm right about one thing
You and I don't work out
Autor:
Pola
o
czwartek, lutego 06, 2014
0
komentarze
środa, 5 lutego 2014
Awkward.
Jedyne, co umiem napisać w tej chwili to to, że moje życie jest dziwne.
Jest nieopisane.
Nie ma nadanego kierunku i kształtu.
Wszystko uległo zmianie.
Znów musiałam walczyć, drapać pazurami, by wykopać sobie drogę, przejście.
Wykopałam sobie drogę do bardzo dziwnego, aczkolwiek jakże innego życia.
Ta inność mnie i fascynuje, i przeraża.
Jest mi z tym nijak.
To po prostu jest.
To się zdarza.
Żyję na przedmieściach uczuć wyzuta z wszelkiej racji, racjonalności.
Na nikogo już nigdy więcej nie czekać.
Nie rozmyślać.
Nie zadawać sobie głupich pytań, na które i tak nie znajdę odpowiedzi.
Nie być: "a co by było gdyby...?"
Nie tęsknić za złem.
I mimo, że jestem żartem tego świata -
Nauczyć się śmiać z tego żartu...
Autor:
Pola
o
środa, lutego 05, 2014
0
komentarze
poniedziałek, 3 lutego 2014
Sweet nothing.
Wstać.
Radzić sobie.
Iść.
Kupić szampon do włosów.
Autor:
Pola
o
poniedziałek, lutego 03, 2014
0
komentarze