poniedziałek, 25 stycznia 2016

12.12.2013

Jako dziecko wychowane bez rodziców, mam bardzo skrzywdzone wyobrażenie o miłości. Potrzebuję rodzicielskiej opieki. Jestem pod tym względem bardzo ułomna. Zaczynam wierzyć, że nikt nigdy mi jej nie da. I to jest smutna prawda. Nigdy już nie będziesz kochana w dokładnie ten sposób, jaki tego chcesz. SORRY TO TELL YOU THAT.  Mimo, że ja się staram - jak mogę - dać tę rodzicielską miłość, ona nigdy nie jest i nigdy nie będzie doceniona. Ani odwzajemniona. Bo ludzie nie wiedzą. Jak to jest. Kiedy obsesyjnie próbujesz znaleźć rodzicielską miłość. Nigdy nie zaznam spokoju w ten sposób. Nigdy mnie nikt nie zrozumie. Niestety. Idiotko...

Muszę przestać się nienawidzić. Muszę przestać rzygać na swój widok.

Kiedyś przecież było tak miło - jak łapałaś motyle, jak siadałaś na moście i patrzyłaś w rzekę. Jak PISAŁAŚ. Dużo pisałaś. Jak wystarczałaś samej sobie.

Będzie dobrze. Tylko spierdalaj z miejsca, gdzie jest ci źle i spierdalaj od ludzi, którzy sprawiają, że jest ci źle. Przecież wciąż możesz łapać motyle, możesz siąść na mostku, możesz jeździć na rowerze i zwiedzać nowe miejsca; możesz huśtać się na huśtawkach. Nikt ci tego nie może zabronić. No, chyba że ty sama...

PAMIĘTAJ, ŻE PO ŚMIERCI NIE MA JUŻ MUZYKI.  KURWA, PAMIĘTAJ TO!

piątek, 22 stycznia 2016

Spowiedź.

Mózg mnie przeraźliwie boli. Serce mi pęka. Pod stopami topnieje lód. Chyba nigdy nie dojrzeję do tego, by zapytać się siebie: co robisz nie tak, kretynko? co znowu źle, idiotko?

Nigdy jakoś nie miałam czasu ani ochoty spojrzeć w głąb i spytać się siebie... Tak po prostu, po przyjacielsku, kładąc sobie rękę na ramieniu: "DLACZEGO?"

Jest wokól mnie tyle zła, które sama generuję, nawet nie zdając sobie z tego sprawy... Jest mi źle sama ze sobą. Policzkuję się w lustrze codziennie, pluję w twarz. Za to kim jestem. Nie za to kim się stałam, za to KIM JESTEM. Kim się urodziłam. Czuję, że nie potrafię inaczej BYĆ.

Generuję sobie w mózgu milion przeraźliwych myśli.

Czasem w nocy krzyczę przez sen. Śnię o płaczu, przerażeniu, samotności. A gdy się budzę, sen staje się realnością. Nie ma od tego ucieczki. Nikt nie potrafi zakleić tej dziury. Nawet ja sama.

Czuję się samotna, ale TO JA tą smotność generuję. Nie chcę dopuszczać do siebie ludzi. "Nie taką cię chciałem" - przebrzmiewa mi w myślach. ...Ja siebie też takiej nie chciałam. "To jaką mnie chciałeś więc?" - nachodzi mnie w myślach za późna odpowiedź.  ...Jaką ja siebie chcę?

Wszyscy ludzie wokół są tak agresywnie szczęśliwi, że to aż boli. Ale jednocześnie wiem, że ja to nieszczęście sama generuję. Może po to się urodziłam? - By żyć i umrzeć nieszczęśliwa. Może jest jakiś wyższy cel? ...Nie wiem. Nie wiem nic.

Nie widzę dla siebie wyjścia. To strasznie smutne. Od tego przeraźliwie boli mnie mózg.