środa, 4 maja 2016

Even when you know...

Słyszę R. rzygającego w kuchni. To w sumie normalka. Pozostałość po weekendzie. Weekend był szalony. Tańczyliśmy jak szaleni do rana po zarzuceniu extasy. Wyszliśmy z klubu o 7. rano. Po klubie postanowiliśmy pozwiedzać park. Wzięliśmy ze sobą 2 butelki szampana i poszliśmy do parku z widokiem na Pragę. Tam wysączyliśmy tego szampana, jakby był Sylwester i ... najzwyczajniej poszliśmy spać. W parku! Na trawie! Potem szlajaliśmy się jeszcze trochę po centrum.

Układam swoje myśli w ramy. Próbuję nie myśleć, że włosy jutro znowu w kok, że ta zasrana deszczem Praga i śmierdzący ludzie w metrze. "A może znów Home Office?" - myślę.. - "Zdecyduję jutro." - kwituję po chwili. Pozwalam sobie na szaleństwo - bo kiedy, jak nie teraz? Teraz jest czas na zapominanie, na tańczenie, na rozedrganie, na bycie roztańczonym pyłem tego świata. Teraz jest czas na głupoty, na głupie miny, na unikanie siebie w lustrze.

Za tydzień idziemy znowu.

Łyk whisky - pozostałość jeszcze z weekendu. Teraz jednak postanawiam nie dolewać coli.

Brak komentarzy: