Pamiętam. Było lato 2015, a ja siedziałam na parapecie, odrywałam farbę z framugi okna i w słuchiwałam się w głośny telewizor sąsiadów. Czułam się w tamtym momencie taka szczęśliwa. Wtedy nie tęskniłam za nikim, wtedy nie myślałam o nikim.
Bo moje życie składa się z tęsknoty za kimś i myślenia o kimś. NIGDY O SOBIE. Wtedy myślałam o sobie i o tym jak mi dobrze. Te chwile zdarzają się raz na milion lat. Ale pielęgnuję je w sobie. By pamiętać - że się da. Że jeszcze mam siebie. Że potrafię się cieszyć z małych ulotnych chwil. Ale to się zdarza coraz rzadziej. Często potrzebuję silniejszych bodźców, nigdy nie jestem nasycona.
Okres pandemii pomógł mi spojrzeć w siebie. Nauczyć się cieszyć z tego co mam. Ale wciąż czasem ubolewam, że nie mam z kim wyjść na spacer. I czasem czuję się nikim.
Najlepsze, że wiem skąd to wynika. A nie wiem, jak to uleczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz