Gdy jechałam dzisiaj do lekarza, zastanawiałam się kiedy chłopcy wyrastają na mężczyzn. Czy jest jakiś określony wiek? Nie chodzi mi o fizyczność. Chodzi mi o to, kiedy mały Grzesiu postanawia kłaść ostentacyjnie ręce na biodrach i przytakiwać w zrozumieniu; kiedy Grzesio postanawia przejmować się rzeczami i kiedy postanawia zapuścić brodę... Kiedy małe robaki z koparką w piaskownicy postanawiają, że będą pocierać brodę prawą ręką w oznace zastanawiania się. Nie znam tej chwili, nie umiałam wychwycić tego czasu, ale wydaje mi się, że ten czas jeszcze nie nastał wśród moich znajomych.
Po drugie, uświadomiłam sobie, że zawsze miałam zbyt emocjonalny stosunek do życia. Do wszystkiego. Tyle rzeczy zrobiłabym inaczej, gdyby się wydarzyły w innym czasie. Ell nauczył mnie jednej ważnej rzeczy - nie brać wszystkiego zbyt poważnie, nie brać niczego zbyt emocjonalnie. On mnie nieświadomie uczy bardzo wielu ważnych rzeczy. Nauczył mnie, żeby wszystko na chłodno kalkulować. Myślę, że dlatego tak dobrze się rozumiemy. On mnie uczy opanowania, ja go uczę dystansu do siebie. I na tym polega nasza przyjaźń. Uczymy się. Dlatego lubię poznawać nowych wartościowych ludzi. Teraz podróżuje sobie po Europie, od czasu do czasu dając znak, że żyje. Ale naprawdę brakuje mi go tutaj. Brakuje mi naszych wspólnych wypadów na koncerty, naszych rozmów i naszego wspólnego słuchania Radiohead i Local Natives. Wraaaacaaaaj! Mam Ci tyle ważnych rzeczy do opowiedzenia.
Ale... Z drugiej strony... Kogo ja chcę nabrać? To ja będę tą, która zostawi i odejdzie. On sobie może podróżować parę tygodni po Berlinach i Budapesztach. To ja w końcu machnę ręką. Ja wiem i ja się znam. Nie podchodzę do tego zbyt emocjonalnie, tak jak mnie uczył, ale kiedyś trzeba po prostu powiedzieć: dość. Dość mam tego świata i tej rzeczywistości. Chcę zmienić ziemię. I mimo tego, że kiedyś zmienię, prędzej, czy później - z naciskiem na prędzej - on zawsze już będzie kimś wyjątkowym. Jak Daniel, jak Mi, jak wszyscy ci, których odwiedzam na drodze...
Dużo do myślenia jak na wycieczkę do lekarza, nie? I czemu do lekarza? - Moje nogi dają o sobie znać. Cierpię na poważny uraz śródstopia teraz. Nigdy jakoś nie byłam piechurem, ale to, co się teraz dzieje, bardzo mnie przeraża. Nie umiem chodzić i jeżdżę na te wszystkie badania, rentgeny... Ale to nic nie daje, bowiem problem pozostaje nie rozwiązany. Nie wiem już co mam robić. I wkurza mnie, że nikt nie potrafi mnie zrozumieć, że nikt nie potrafi wejść w moje buty i poczuć się niepełnosprawnym. Bo... W sumie... to jestem niepełnosprawna. Nie umiem się poruszać o własnych nogach. Wszędzie jeżdżę rowerem, bo nie trzeba wtedy chodzić. Ja tak nie chcę, nie mogę tak.
Jutro jadę pod namiot na zamek z Pawłem. Już mu zapowiedziałam, że nie możemy dużo chodzić, bo moja łapa mnie nadal boli... Powiedział, że obiecuje i że będzie "czill nad jeziorem" - ja tylko mam nadzieję, że nie trzeba będzie dużo chodzić do tego jeziora... Bardzo się cieszę znowu na biwakowanie. Stęskniłam się za tym. Jezioro, wino i namiot - idealny plan dla niepełnosprawnej, niespełnionej mnie.
piątek, 22 maja 2015
what's up?
Autor:
Pola
o
piątek, maja 22, 2015
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz