I cóż że kroczymy udeptanymi ścieżkami lata. Po mojej prawej wzbiera się niepewność. Po pozostałości świtu dym tli się z ust.
Jakże tak znowu by było cudownie opaść z liśćmi na trawy, na piątki i soboty, na kwiaty na drzewach. Niedorzeczności pulsują w naszych życiach jak migrena.
Zaniemawiam. Zastygam w kamień po raz setny. Nie dowiesz się o mnie więcej. Nie zaznasz spokoju.
Nie uzależniam się od ciebie. Uzależniłam się już od tylu rzeczy. Nie mogę już teraz jeszcze. I to.
Lata później, jak to czytam, to wiem, że ta przyszłość była mdława.
Słowa za szybą, oczy za mgłą, za dobrze to znamy by dać się nabrać na to.
Jest nieposkładanie, tańcząc w świetle księżyca z plamami z czekolady na spodniach.
Na swój sposób mnie odnawiasz.
Nie rób z tego sensacji jednak.
Niepotrzebnie wzniecać kurz.
czwartek, 18 listopada 2010
dust to dust.
Autor:
Pola
o
czwartek, listopada 18, 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz