Mieszkamy w domu pełnym i ciasnym. Na przekór dnia. Czasem nie umiesz mnie tam znaleźć. Czasem krzyknę. Ten czas jest zeskładany z czekania i cichego łkania w poduszkę. Odległość z pokoju do pokoju najeżona jest granatami. Nie znajdujesz mnie na nowo. Czas pożegnać się z tym snem, czas spakować szczoteczkę. Czas wyjść. To zimowe powietrze jeszcze nigdy nie było tak rzeźkie! Jak cudownie jest się do siebie uśmiechnąć i powiedzieć sobie: nigdy więcej.
czwartek, 25 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz