Niegdyś mi bliska, trzymałaś piwo z sokiem w ręku. Zawsze gryzłaś słomki. To Ty, którą namalował świat, ukształtował mój światopogląd. Byłaś rumiana. Roześmiana. Obok. Nie mogłem pojąć rzeczy dla Ciebie tak oczywistych. Rozstawaliśmy się powoli. Gdy jechałaś do mnie, mówiłaś jedno słowo: "czekaj". Czekałem. Dni. Miesiące. Lata. Ty, z permanentnym papierosem, z oczami ze szkła, a alkoholem we krwi. Tańczyłaś przy latarniach, wchodziłaś w ich blask. Wchodziłaś im w drogę. Byłaś metafizyczna. Mówiłaś mało, za to wiele się uśmiechałaś. Pojawiłaś się w moim życiu... Pamiętasz jak? Z przypadku. Ze skrzyżowania ulic. Wyjawiłaś mi się nagle jako prawda, jako oczywistość. Wiedziałem już wtedy, że będziesz moją religią. Było to tak dawno, moja Ann. Wiem, miało być bez imion, moja Ann. Trzymałaś żonkile? Nie pytam, pamiętam. Nie umiem tylko tego właściwie nazwać. Z biegiem czasu, kiedy poznawaliśmy się, zrozumiałem, że żyjesz w labiryncie. Że nie sposób nadążyć. Że wiecznie błądzisz. Szukałaś wyjścia u innych, nigdy nie u mnie. Jednak stawałaś się coraz bliższa. Tak cicho. Tak bezszelestnie. Siadałaś cicho obok, na ławce, zapalałaś papierosa i byłaś. Dla Ciebie było to takie rzeczywiste. Ja za dużo myślałem. Nie o Tobie. O nas. Zadawałem sobie miliony pytań, jednocześnie wiedząc, że nie mogę Cię o nie spytać. Nawet nie próbowałem. Pogodziliśmy ze sobą swoje życia jakby niświadomie. Byłaś duchem moich dni. Nieobecna obecnościa. Przez mgłę. Uwielbiałaś nucić pod nosem nuty Twoich dni. Każda melodia kojarzyła Ci się z jakimś zapachem, z jakimś słowem, z czymś konkretnym. Miałaś melodię na każdy dzień, na każdą pogodę, na każdą kłótnię. Ty się nie sprzeczałaś - nuciłaś jedynie frazy nienawistnych piosenek. Nigdy Ci nie dorównałem, moja Ann. Wiem, miało być bez imion, moja Ann. I wiem, nie byłaś moja. Byłaś niczyja. Błąkałaś się od domu do domu w poszukiwaniu ciepła. Ja jednak chciałem Cię ogrzać całym sobą, jaskrawością moich dni, moim światem. Nie chciałaś do niego wejść jednak. Wiedziałaś, że jak wejdziesz, to zostaniesz. Nie chciałaś się oswajać. Nie chciałaś przekroczyć tego progu. A ja? Ja wepchałem do środka, spaliłem się w Tobie. A Ty? Uciekłaś. To umiesz robić najlepiej. Uciekać. Dlaczego tak, moja Ann? Dlaczego jesteś tak krucha? Jesteś zasuszonym liściem między stronami moich myśli. Jakimś dziwnym trafem skruszyłaś mi się, rozleciałaś. przeciekłaś przez palce. Przecudownie przeciekłaś. To był ostatni moment, w którym mogłem Cię dotknąć. To był ostatni czas, bym mógł wychwycić tą kruchość w Tobie. Teraz już wszystko wiem, moja Ann. Teraz już nie jesteś metafizyczna. Teraz rozumiem Cię jak nikt inny. Bo milcząco dałaś się poznać. Bo w ciszy dałąś się analizować. Co z nami, moja Ann? Już nie chcesz mnie słuchać, ja wiem. Dlatego piszę list.
wtorek, 11 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz