Byłam wczoraj na świetnej imprezie. W jadącym tramwaju. Mój znajomy organizuje takie imprezy. Skorzystałam. Wyruszyliśmy za 10 dziewiąta spod Teatru Wyspiańskiego. W tramwaju prawie 200 osób, ścisk i duchota, a okna ledwo dało się uchylić (Karlik)... Ja zaraz przy głośniku (do teraz jestem przygłucha), ale świetnie się bawiłam, to było coś. Najpierw pojechaliśmy na Pętlę Słoneczną (tak, tak - blisko mnie), potem azymut na Brynów, a następnie do Chorzowa i z powrotem. I znów na Brynów. I znów na Chorzów. Krążyliśmy prawie 3 godziny. Jakie to wspaniałe, że umiemy sobie coś takiego zorganizować. Impreza naprawdę przednia, to jedna z lepszych przygód jakie udało mi się doświadczyć. Cudo. Był też Gałbi, Lucas (poczułam się prawie jak w Tworogu, hahah), a ja miałam ze sobą Martę. Marta szalała na siedzeniach, ja wzięłam się za rurę (jak to ja zwykle :D). Potem after w Zanzi. W Zanzi jakoś za dużo ludzi. W ogóle nie przepadam za tą knajpą za bardzo. Gałbi z ekipą pojechali odwieźć tramwaj i wziąć auto. Mieli wrócić autem. I wrócili po jakiejś godzinie. W Zanzi spotkałam Pawła kuzyna. Z Gałbim i z Dagmarą wymiatałam na parkiecie. Dziś bolą mnie wszystkie kończyny. To się nazywa impreza udana, jak cię bolą nawet włosy od tańczenia (nie, to nie kac, ku zdziwieniu memu :D)
BYŁO PRZEFAJNIE! Polecam wszystkim taką imprezę, a teraz się szykuję, dziś liga mistrzów i wiśnióweczka w plenerze, ave!
sobota, 22 maja 2010
Autor:
Pola
o
sobota, maja 22, 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz