Podziurawione myśli Ediego zdawały się krążyć w kółko. Wirowały wraz z pokojem. Pokój był mały, rozświetlony kruchą lampką stolikową. Była noc. W oknie wisiała zżółkła, postrzępiona firana. Obok okna stałą wielka choinka z napisem wesołym i wolnym jak ptak: RADOSNYCH ŚWIĄT. Pod choinką prezent dla Ediego.
- No, wszystkiego najlepszego, chłopie. Byle to dalej trwało. Oby trwało długo... - mówił do siebie - Oto prezent dla ciebie - prowadził monolog.
Edie podszedł do choinki i wytaszczył spod niej prezent za nogi.
- Oto twój prezent, szczęściarzu! - uśmiechnął się szyderczo, popił wino... - no to walimy!
Na podłodze leżały bezwstydne tajemnice świata Ediego - nagie ciało matki. Martwe ciało.
- Zawsze chciałem wiedzieć co knujesz, suko! - krzyknął, napawając się swym urojonym zwycięstwem. Zrobił ofierze szczegółowy ogląd swymi złymi oczami i zauważył, że czegoś brakuje...
- Tu! Tu czegoś brakuje! Mojemu prezentowi czegoś brakuje! - nagle zorientował się, czego brakowało. Sięgnął po brzytwę leżącą na dziurawej kanapie. Krwawą brzytwą potraktował policzek matki.
- Zawsze cię kochałem i tak jest nadal. Nie myśl sobie, że przestałem cię kochać. Kocham cię jeszcze bardziej, kiedy jesteś już tylko moja! - ciął coraz brutalniej martwe ciało. Przestał po chwili. Wziął się teraz za zlizywanie krwi matki. Chciał trwać tą chwilą.
- Zawsze marzyłem, by ci to zrobić... Prawda, że tak jest lepiej? Tak cię kocham, mamusiu... - przytulił swoją twarz do tarzy matki. Począł rozkoszować się pyszną krwią. Nasmarował nią całe swoje ciało, a następnie ciało matki. Mazał krwią po najintymniejszych częściach jej ciała.
- Tak cię kocham... Tak cię kocham.... - powtarzał. Sięgnął po wino, brudząc przy tym wytworny kieliszek. - Tak cię kocham... - wylał odrobine wina na jej brzuch. Zaczął zlizywać trunek wraz ze skrzepniętą krwią. Po chwili Edie oderwał się od ofiary, by zaświecić lampki na choince. - Uczcimy te święta. tak jak zawsze. Nie zawiedziesz się na mnie, mamusiu. Nie zawiedziesz się na mnie... -wrócił do nieżywej. Położył się na jej brzuchu, lizał jej krew. Cisza.
Za chwilę milczenie gwałtownie przerwał ryk Ediego: - Co tak tu cicho??? Przecież cię kocham, a ty nic?!?! Nic nie mówisz?! Jak zawsze... Jaką miałaś tajemnicę?! Jaką?! Jaką!?!?!?! - zaczął potrząsać ciałem mamy. Szarpał nią. W lewo. W prawo... A gdy się uspokoił, położył ją sobie na kolanach. Głaszcząc jej włosy, szeptał jej do ucha:
- No bo ja cię kocham... Tak bardzo cię kocham. Chcę, byś już zawsze była przy mnie. A ty chciałaś do tego fagasa. Nie, nie odejdziesz! - spoliczkował pocięty policzek swojej ofiary, odrzucił ją od siebie i wyszedł z pokoju.
poniedziałek, 17 maja 2010
Pearls and swines.
Autor:
Pola
o
poniedziałek, maja 17, 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz