Poznałam kiedyś kogoś, kto pisał wspaniałe opowiadania. Siadał z papierosem i buteką wina i pisał od ręki. Poznałam kogoś, a on zmienił mi życie. Pił wódkę na potęgę, sikał przez balkon, miał włosy w artystycznym nieładzie i golił pachy. Siadałam często i patrzyłam jak pisze. Papieros, łyk wina, papieros. Stuk stuk stuk po klawiaturze. Olśniona, w letniej sukience podpierałam głowę ręką w zachwycie. Był wszystkim tym, co nazywamy "artystą" - nieposkładany w swej manierze, roztrzepany, z wiatrem i deszczem na ty. Bywały dni, kiedy mówił: "ty się, wariatko, do niczego tu nie nadajesz, idź już stąd" - siedziałam nadal. Żył w szale. W zapale. W nocy. Zasiadał codziennie. W tym swoim szale, był na tyle poskładany, by usiąść codziennie i pisać po nocy. Nie, nie powiem kto to był. Wiem tylko, że zmienił mi życie. Zapragnęłam być taka, jak on.
Nic się nie liczy. Tylko papieros, łyk wina, papieros.
czwartek, 20 maja 2010
Autor:
Pola
o
czwartek, maja 20, 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz