poniedziałek, 24 lutego 2014

Right person, wrong timing.

Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że mogę tak żyć. Koczowniczo. Co jakiś czas wyjeżdżałem pozwiedzać świat. Wracałem jednak ciągle w to samo miejsce - do tych brązowych ścian, które uwielbiałem, do tej recepcji, która była zarówno barem. Z czasem dostałem tutaj pracę, którą kochałem i której za żadne skarby nie chciałem rzucić. Kochałem życie tutaj. Byłem przekonany, że ta praca i to miejsce to najlepsze co mnie w życiu spotkało. Kochałem ludzi pracujących tutaj. Moi ludzie. Byliśmy jak rodzina. W weekendy przyjeżdżało tutaj mnóstwo dziewczyn, które mogłem pieprzyć na milion różnych sposobów. Zapraszały mnie do siebie do pokoju na trójkąty, czworokąty i szalenie miliard innych pozycji. Czasem same pakowały mi się do łóżka. Z papierosem w ustach wyglądałem jak James Dean. Uwielbiałem siebie tutaj. Z koszulką w Davida Bowie było mi naprawdę do twarzy. Sączyłem małe piwa przez długie noce, tocząc rozmowy przy barze. Malownicze miasto, ja w środku tego wszystkiego, w samym centrum życia towarzyskiego. Niczego nie potrzebowałem więcej do szczęścia oprócz tego, żeby mieć kasę z pracy w recepcji, pieprzyć, palić, chlać i - przede wszystkim - nie myśleć o niczym. I nie kochać. To dla kretynów.

Pewnego dnia weszła ona. Zbliżał się weekend, więc pomyślałem, że to jedna z tych szansonistek, które przyjeżdżają tu jako grouppie jakiegoś gównianego zespołu i nocują z blantem przy barze. Albo, że to jakaś siksa, która zaraz weźmie mnie za fraki do kibla i zacznie mnie rozbierać, po czym przenocuje u mnie w pokoju w zamian za seks, żeby nie musiała płacić za swój pokój. Miała rozmazany makijaż od płaczu i od potu. Była cała spocona od ciężarów, które niosła. Włosy jej się niechlujnie lepiły do twarzy. Wyglądała okropnie. Była w opłakanym stanie. Opuściła swoje torby na podłogę z impetem, podniosła głowę i powiedziała mi prosto w oczy bardzo smutno:
- Mogę zostać na dłużej? - nie znałem jej, ale wiedziałem już, że zostanie tutaj na długo, że nie pozwolę jej odejść.
- Możesz. - wydusiłem tylko tyle. Potem wszystko jakby stanęło w miejscu, bowiem dziewczyna przytuliła mnie mocno. To była chyba podzięka za mój akt łaski, mimo tego, że nie byłem tutaj osobą decyzyjną. Jednak zaufała mi i moje pozwolenie na pobyt potraktowała poważnie. Odwzajemniłem uścisk, chociaż w głębi serca myślałem sobie: "co u cholery?!"
- Ładny. Dobrze zrobiony. - Zauważyła mój tatuaż na ręce. Uśmiechnęła się ochoczo. Miała uroczy uśmiech.
- Chcesz się napić piwa? Potem pokażę ci twój pokój - bajerowałem. Jasne, że to nie ja będę jej pokazywać pokój i jasne, że to nie ja zdecyduję, czy może tu zostać. Ale wierzyła mi - jesteśmy na dobrej drodze, mała.

Rozmawialiśmy do rana. Ona przy swoich nierozpakowanych torbach, nadal w opłakanym stanie, zmęczona i zmarnowana. Jednak w dziwny sposób cudowna. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy się znali całe pieprzone życie. Wiem, że to jest banał i nikt nie bierze takiego biadolenia na poważnie, ale rzeczywiście tak było. Rozśmieszyłem ją nawet... Opowiedziała mi historię swojego życia. Że przyjeżdża tutaj z innego kraju, właśnie po roku opuściła Wiedeń po tym jak zdradził ją facet. Przez moment pomyślałem, że zranione są łatwe z założenia i że nie będzie trudno. Jenak, cholera! - wcale nie miałem ochoty jej przelecieć! Chciałem z nią rozmawiać. W alkoholicznej malignie nawet przez moment pomyślałem, że ona robi ze mnie geja. Bo siedzi tu obok, piękna, pięknie zmarnowana i pięknie smutna - idealna na potencjalny seks nad ranem. Jednak nie. Opowiadałem jej o moich podróżach do Maroka, do Paryża, do Indii... Do Paryża? Ona była z Paryża! Opowiedziałem o mojej rodzinie. Miałem pięcioro braci i trzy siostry. Jedna siostra zaszła w ciążę, gdy miała 16 lat - było mi z tego powodu bardzo smutno. To wszystko jej opowiedziałem. Opowiedziałem o cmentarzach świata, które odwiedziłem, o mojej nauce robienia tatuaży i  że mam tatuaż na klatce piersiowej, który sam sobie zrobiłem. Obejrzała. Powiedziała, że jest okropny. Uwielbiłem jej szczerość. Chwytała moją rękę tak delikatnie, gdy oglądała po raz kolejny mój tatuaż, jakby się bała, że jeszcze się nie zagoił. Była smutnie szczęśliwa tego dnia. Uśmiechała się przez pot, łzy i posklejane włosy. To była jakoś dziwnie magiczna noc.

Gdy już świtało, powiedziała, że musi już iść spać i że jest zmęczona. Ileż można siedzieć na recepcji (będącej barem)? Znalazłem jej pokój. W tajemnicy przed wszystkimi. Mimo, że znali mnie tutaj bardzo dobrze i byłem częścią tutejszego życia, nie mogłem sobie na za wiele pozwalać. Ułożyłem ją w łóżku, zamknąłem za sobą drzwi wychodząc. Wychodząc. Wyszedłem! Nawet nie próbowałem jej dotknąć... Zszedłem na dół dokończyć drinka, gdy właśnie pojawił się ranny zmiennik na recepcji. Dokończałem drinka ciągle o niej myśląc. Nie zawahałem się ani chwili, gdy wyciągałem plik pieniędzy na blat.
- Greg, płacę za jeden pokój na miesiąc.
- Po co chcesz płacić, pracujesz tutaj, pobyt masz za darmo.
- Mogę zapłacić, czy masz z tym problem? Mam gościa i chcę, by miała osobny pokój.
- Gościa? A więc to ona, tak? Czemu osobny pokój? Zazwyczaj kobiety, z którymi sypiasz mają swój pokój jedynie na meldunku. I tak śpią u ciebie w łóżku... Weź się nie wydurniaj, stary. Będziesz płacił za jakąś łatwą szmatę?
- Możesz się, kurwa, zamknąć?! Weź pieniądze i chcę czterysta dwójkę.
- No jak chcesz, stary, ale pamiętaj, że wydajesz pieniądze w błoto...

Wieczorem zeszła na kolację. Już w nowym ubraniu, nowym makijażu i w nowym uśmiechu. Jakby weselsza, bardziej rześka, odświeżona... Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Nie mogłem dać tego po sobie poznać jednak. Nie chciałem, by czuła się prześladowana...
- Witaj dziewczyno z Paryża. Jak się spało?
- Wspaniale! Nie spałam od trzech dni. Drzemka dobrze mi zrobiła. Gdzie mogę zapłacić za pokój?
- Opłaciłem ci pokój na miesiąc, byś nie miała nieprzyjemności, gdyby ktoś cię zobaczył w 402 tej nocy lub nad ranem.
- O rany! - haha, tak dawno nie słyszałem wyrażenia "o rany!", że aż uśmiechnąłem się kącikiem ust. - To muszę ci oddać pieniądze! Ale obawiam się, że nie zostanę tu tak długo. Jadę dalej - do domu, do Paryża. Miałam na myśli tydzień, może półtora.
"Nie! Nie jedź!" - wszystko krzyczało we mnie - "Nie możesz odejść, tak pięknie nam się rozmawia!"
- Zrobisz jak zechcesz. - powiedziałem w zamian - na razie możesz zaprosić mnie na drinka. Będę cenę za drinki odliczał od ceny za pokój - próbowałem żartować, jednak przy niej wydawało mi się, że nie mam poczucia humoru. Wydawało mi się raczej, że ma mnie za błazna...
- Ok. Sama też chętnie bym się czegoś napiła. Pokój na miesiąc, mówisz? Miesiąc to strasznie dużo czasu. Nie wytrzymam tutaj tak długo. Jestem z Paryża, wiesz. Mieszkałam w Wiedniu - jestem przyzwyczajona do luksusów...
- Spodoba ci się tutaj, uwierz mi.

Uwierzyła. Spędziliśmy ze sobą naprawdę radosny miesiąc. I wierzcie mi lub nie - nie tknąłem jej. Szanowałem ją. Lubiłem jej słuchać. Była tak interesująca i inspirująca, że przeżywałem orgazm tylko jej słuchając. Chodziłem z uśmiechem na ustach. Przylepił mi się do tej mojej pijackiej gęby i nie chciał się odwalić. Chodziliśmy po kocich łbach zwiedzając. Narzekała, że to nie jest odpowiedni chodnik na obcasy. Trzymałem ją za rękę i nie chciałem już nigdy więcej puścić. Chodziliśmy na imprezy, organizowaliśmy sobie czas we dwójkę. Graliśmy razem w karty, kości, oglądaliśmy masę filmów. Kręciliśmy razem filmy telefonem komórkowym na pamiątkę. Na pamiątkę. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że to tylko tymczasowe, przejściowe rozwiązanie i ona kiedyś zniknie z mojego życia. Trzeba było zbierać jak najwięcej pamiątek z tego życia. Z życia z nią. Pewnego dnia zrobi to swoje idiotyczne Pufff! i sobie tak po prostu pójdzie. Zresztą ona zawsze była taka nieuchwytna. Jakby ciągle w locie. Miałem wrażenie, że robi mi łaskę godząc się na wspólny czas ze mną. Wiecznie zabiegana, zaczytana, zrywająca kwiaty z drzew... Ja byłem tylko dodatkiem do jej dni; sposobem na nudę - miałem wrażenie. Ale musiałem jakoś z tym żyć, chcąc być blisko.

Miesiąc mijał nieubłaganie, ona przyzwyczaiła się do koczowniczego trybu życia, odrzuciła luksusy, spodobały jej się moje opowieści z podróży. Była zachwycona. Zawsze prosiła, bym opowiedział jej coś jeszcze na temat swoich podróży. 

Pewnego dnia, gdy słuchaliśmy na pół muzyki ze słuchawek na jednej z tych cudownie zielonych łąk w parku, powiedziała jakby od niechcenia przez zamknięte oczy:
- Wiesz, że jadę?
- Dokąd jedziesz? - gdzie ją znów gnało do cholery?!
- Do domu. - powiedziała to. Tą swoją straszną francuską angielszczyzną.
3, 2, 1 - świat mi się wali, serce przestaje bić; na chwilę staje w miejscu, nie mam już oddechu, występuje na czoło zimny pot...
- Ale... Jak to? Źle ci tutaj? Masz tu wszystko. Wszystko dla ciebie robię, załatwiam ci wszystko, czego tylko pragniesz. Dlaczego chcesz jechać do domu?
- Odpowiedź jest prosta. Bo tęsknię. - A ja? A co ze mną? Teraz ja tęsknię też. Już. Za nią. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieję. Chyba właśnie była w trakcie łamania mi serca...
- Dobrze - wycedziłem przez zęby - umawialiśmy się na początku, że zrobisz jak zechcesz. Nie mogę cię zmusić, byś została. Zacząłem płakać, odwróciwszy się od niej plecami na jednej z tych cudownych łąk w parku, mając nadzieję, że nie zauważy. Chyba zauważyła, bo położyła dłoń na moim ramieniu... Na jednej z tych okropnych łąk w parku...

Od teraz to miejsce było puste. Nie znosiłem tych brązowych ścian, w każdym kącie stała ona. Nie mogłem patrzeć na czterysta dwójkę. Nie chciałem patrzeć już na nic. Wszystko kojarzyło mi się z nią. Nie schodziłem już też w weekendy do baru. Przestały mnie interesować łatwe szmaty. Otrzymałem zbyt wiele, żeby teraz zadowalać się półśrodkami. Tak bardzo chciałem być z nią, obok, w niej - z czystej miłości. Poczuć tę więź. Wiedziałem, że to nigdy więcej się nie wydarzy. Że to już zniknęło. Że tego nie ma i nie będzie. Stałem po środku swojego pokoju - obdarty z nadziei, z marzeń, z uśmiechu. Już się nie uśmiechałem. Wiedziałem dobrze, że spotkałem kogoś wyjątkowego, doznałem cudu, po którym trudno się było otrząsnąć. Serce było tak bardzo złamane, że to aż faktycznie bolało...

Czasem pisaliśmy sobie SMSy. Meldowała się z przeróżnych miejsc, przedziwnych krain. Nie została w domu. Opuściła Paryż i pojechała zwiedzać świat. W jednym z SMSów napisała mi, że robi sobie tatuaż w każdym mieście, w jakim się zatrzymuje. Zrobiła sobie taki sam tatuaż na swojej ręce, jaki zobaczyła na mojej ręce pierwszego dnia. Była w tym samym studiu w Maroku, w którym ja zrobiłem ten tatuaż. W tym studiu powiedzieli jej nawet, że już jeden taki tatuaż robili wcześniej. Powiedziała im, że wie, po czym zamknęła oczy i dała się kłuć. Obiecała mi, że kiedyś do mnie wróci, ale tylko na moment, żeby nakręcić kolejny film na komórkę z nami w roli głównej. I poprosiła, bym zrobił jej tatuaż, kiedy mnie odwiedzi. Chociaż nie była tego pewna, bowiem widziała tatuaż mojego autorstwa na mojej klatce piersiowej. Miała plan, żeby przyjechać na chwilę i jechać dalej być roztańczonym pyłem tego świata. Ja chyba już tego nie chciałem. Rozstanie kosztowało mnie wiele nerwów. Za wiele, by móc przeżyć to jeszcze raz. Tak bardzo chciałem ją zobaczyć, że aż nie chciałem jej oglądać. Obrzydła mi do granic możliwości, bowiem wszystko było nią przesiąknięte. Myśli, ubrania, powietrze, ściany... Miałem jej dosyć. Nie umiałem jej znieść. Osaczyła mnie, byłem jej więźniem - mimo, że ona nic o tym nie wiedziała. Nie chciałem się z nią rozstawać drugi raz, a ponowne zobaczenie jej równało się z kolejnym pożegnaniem.
Posmutniałem.

Nigdy więcej już jej nie zobaczyłem. Nasze drogi się rozmyły. Była jednak kimś wyjątkowym w moim życiu. Na tyle wyjątkowym, by napisać o niej tych kilka słów. Na pamiątkę. Na pamiątkę.

Nadal tu mieszkam. Za każdym razem, gdy słyszę drzwi wejściowe, z tyłu głowy mam nadzieję, że to może ona wróciła z masą pocztówek z całego świata zbieranych z myślą o mnie. To się jednak nigdy już nie zdarza.
Czasem schodzę w weekendy na dół do baru i zagłębiając się w jakiejś pannie, której imienia nawet nie znam, udaję, że już JEJ nie pamiętam.
Teraz ona żyje koczowniczo.


Brak komentarzy: